Strona główna
Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Węgry, Słowacja 2005

 Uczestnicy  Mapa   Statystyka   Dziennik   Zdjęcia


4 sierpnia, czwartek. Dzień 1.

Pada. Pada. Cholera jasna, od samego rana pada. Momentami leje. Kilka ostatnich dni była piękna słoneczna pogoda, a kiedy trzeba wyjeżdżać, pada. Szlag by to trafił. Co gorsze, prognoza na kilka najbliższych dni nieciekawa. Ale nie ma wyjścia, jechać trzeba, już nie ma odwrotu i za późno żeby przekładać wyjazd. Pakuję więc bagaż na rower, ciesząc się z faktu posiadania wodoodpornych sakw, wbijam się w wyprawowy strój, ciesząc się z faktu posiadania wodoodpornej kurtki i martwiąc się z powodu braku takowych spodni. Wsiadam na rower i jadę. Jakoś brak komitetu pożegnalnego i pięknych dziewcząt machających za mną białymi chusteczkami, ale to pewnie z powodu pogody... Ciężki ten rower, a ja od razu muszę wspinać się pod górkę, która zaczyna się zaraz od progu mego domu.

Pierwszy etap mej podróży jest krótki – dworzec PKP w Lublinie, raptem kilkanaście kilometrów. Po drodze dostaję smsa od Wojtka, że jest już w Lublinie i czeka na mnie. Przestaje padać, co napawa mnie pewną nadzieją, jak się szybko okaże, złudną. Na dworzec dojechałem kilkanaście minut przed odjazdem naszego pociągu do Dorohuska – akurat wystarczyło mi czasu aby skoczyć do apteki po jakieś witaminki i do sklepu po musli (które notabene skończyłem dopiero w środkowej Rumunii).

Kiedy tylko podstawili pociąg, wpakowaliśmy się do środka – całe szczęście był to pociąg osobowy mający duży przedział dla osób z większym bagażem, tak więc nie mieliśmy problemów z brakiem miejsca na nasze objuczone bagażem rumaki. Podróż do Chełma minęła nam szybko, głównie na wróżeniu kiedy w końcu przestanie w końcu padać, później szybka przesiadka na pociąg do Dorohuska (całe szczęście stał przy tym samym peronie, a tylko innym torze – nie trzeba było taszczyć rowerów po schodach) i po kilkunastu minutach dalszej jazdy jesteśmy na miejscu. Dorohusk. Małe (jakichś 600 mieszkańców) zapyziałe miasteczko, o którym nikt by nie słyszał gdyby nie duże przejście graniczne z Ukrainą, którego, przyznam się, bałem się. Bałem się, bo jak wieści krążyły, ciężko przez nie przejechać rower. Oczywiście, jest to możliwe, ale trzeba wykazać się nieprzeciętnymi umiejętnościami negocjacji z twardogłowymi pogranicznikami. Sęk w tym, że ja nigdy w czymś takim mocny nie byłem, a i Wojtek raczej nie inaczej. Więc po co tam się pchaliśmy? Bo to przejście nam pasowało geograficznie. Bo jakoś to będzie.

Przejście znaleźliśmy bez trudu – wystarczyło kierować się tam, gdzie kierował się niekończący się sznur tirów aby bezbłędnie trafić na miejsce. Kolejka samochodów była imponująca, my oczywiście  nie krępując się specjalnie jedziemy sobie środkiem między pojazdami. Ale w końcu trafiliśmy na barierę nie do pokonania. Bariera miała zielonkawy mundur i niezbyt inteligentny wyraz twarzy. Naturalnie próbowałem jakoś wykorzystać swoje umiejętności interpersonalne i nawiązać jakąś nić porozumienia z pogranicznikiem, ale jedyną jego reakcją na moje argumenty było rosnące zniecierpliwienie. W końcu rzucił “nie przejedziecie i już”, odwrócił się demonstracyjnie na pięcie i sobie poszedł. Dobra, łaski bez. Czas na realizację planu B. Plan B polegał na znalezieniu jakiegoś samochodu do którego moglibyśmy się wpakować i w nim przekroczyć granicę. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Osobówki odpadały, bo za mało miejsca na dwie osoby i dwa rowery z sakwami. Ciężarówki też, bo miejsca w naczepie może i mają sporo, ale problem w tym, że naczepy zaplombowane. Zostają busy. Tych jednak nie ma znowu tak dużo, a te które są, załadowane towarem po brzegi. Ale tym razem szczęście nam dopisało. Cofnęliśmy się już ze 100 metrów od pogranicznika, kiedy trafiliśmy na rozklekotanego, za to cudownie pustego blaszaka. Jego właściciel bez chwili wahania kazał nam pakować rowery na tył, a samym siadać z przodu koło niego. Zadowoleni że sobie siedzimy w cieple i na głowy nam nie pada, umilaliśmy sobie czas oczekiwania na odprawę rozmową z naszym wybawicielem. Początkowo myślałem, że jest to Ukrainiec – mówił po polsku, ale z silnym akcentem, ale jednak nie, był Polakiem. Opowiadał nam mrożące krew w żyłach opowieści o pogranicznikach ukraińskich, przedstawiając ich jako krwiożercze bestie rozszarpujące na kawałeczki biednych podróżnych, o ile nie wręczą im odpowiednio wysokiej łapówki. Podchodziłem do tych opowieści z przymrużeniem oka, ale chcąc nie chcąc zaczął nastrój grozy mi się udzielać. Zaczęliśmy nawet z Wojtkiem na serio rozważać, czy dać łapówkę od razu, w paszportach, czy poczekać na jakąś sugestię. A czasu na tego typu rozważania mieliśmy aż za dużo.  Kolejka wlokła się po prostu niesamowicie, czasami przez dobre półgodziny potrafiła nie posunąć się ani o metr. W końcu jakoś udało nam się dotrzeć do polskiego stanowiska – zajęło nam to 2,5 godziny! Sama odprawa była czystą formalnością i ograniczyła się do zerknięcia w paszporty.

Gdy tylko minęliśmy ostatniego polskiego pogranicznika, podziękowaliśmy pięknie naszemu kierowcy, wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy na spotkanie z Ukraińcami. Im, co ciekawe, jakoś fakt że jesteśmy na rowerach im nie przeszkadzał. Podjechaliśmy pod same stanowisko odpraw. Tutaj już tak gładko nie poszło. Trzeba było wypełnić jakąś dziwną deklarację, zebrać kilka pieczątek – ogólnie sporo zamieszania, zwłaszcza że akurat trafiliśmy na zmianę obsady przejścia. To było nawet zabawne – brakowało nam już tylko jednej, jedynej pieczątki, Ukrainiec już trzymał pieczątkę  w ręku, już przymierzał się do jej przystawienia, kiedy nagle rozległ się sygnał zwiastujący koniec jego zmiany. Facet zerwał się z siedzenie i wyleciał z budki jak na skrzydłach, a my zostaliśmy z niczym. I znowu trzeba było tłumaczyć kolejnym osobom gdzie, po co i dlaczego na rowerach. W końcu się jednak udało wszystko załatwić i opuściliśmy przejście – w sumie zajęło nam to pół godziny, więc i tak pięć razy krócej niż po stronie polskiej. I tylko jedno nas martwiło – pieczątka tranzytowa. Jeżeli przejeżdża się Ukrainę tranzytem, to dostaje się jeszcze jedną pieczątkę ekstra, na której pogranicznik wpisuje którym przejściem się opuści kraj i ile dni ma na to podróżny dni. O przejście się nas spytano (Mamałyga), o to ile dni potrzebujemy, już nie, wpisując sobie z powietrza pięć dni. Moje protesty że chcemy tydzień były spóźnione... Pięć dni, tragedii nie było, ale i zapasu czasu też nie bardzo.

Kiedy w końcu opuściliśmy przejście było już późno, powoli zaczynało się ściemniać i trzeba się było rozglądać za noclegiem, zwłaszcza że nie bardzo chciało nam się jechać w deszczu. Ujechaliśmy więc kilka kilometrów po ładnej i równej ekspresówce żeby nie rozbijać się tuż przy granicy, zjechaliśmy z drogi i rozbiliśmy się kilkanaście metrów od niej, ale za gęstymi krzakami – nie było nas widać. Co jakiś czas dobiegał nas szum silników samochodów, które pędziły z towarami do i z Polski. Całe szczęście kiedy rozbijaliśmy obóz akurat nie padało, więc przynajmniej nie napadało nam do namiotów.

5 sierpnia, piątek. Dzień 2.

Pierwszy prawdziwie rowerowy dzień wyprawy. W nocy trochę padało, ale niewiele, deszcz nie przeszkadzał za bardzo spać i co najważniejsze, ustał do rana. Oczywiście wszystko na zewnątrz namiotów było mokre od rosy, ale nie zniechęcało to nas za bardzo. Grunt że nie pada! Było zimno, pochmurno, ale humory dopisywały – po wczorajszym dniu spędzonym w pociągu i na przejściu granicznym, w końcu mieliśmy ostro sobie popedałować. Jak ostro? Naszym zamiarem było utrzymanie średniej dziennej w czasie całej wyprawy na poziomie 100 km. Ponieważ liczyliśmy się z tym, że być może w górach nie uda się robić codziennie takiego dystansu i chcieliśmy wypracować sobie rezerwę na różne nieprzewidziane okoliczności, ustaliliśmy, że póki co robimy po mniej więcej 120 km. Czyli akuratnie żeby w miarę sprawnie przemieszczać się do przodu, nie męcząc się przy tym za specjalnie ;)

Wyruszyliśmy przed 9. Jechało się dobrze – asfalt był suchy, przyzwoitej jakości, ruch samochodowy znikomy. Co prawda po jakimś czasie asfalt ustąpił miejsca płytom betonowym (podobno droga ta była przystosowana do ruchu czołgowego na wypadek ataku ZSRR na zachód), po których jeździ się rowerem średnio przyjemnie, ale już po kilkunastu kilometrach skręciliśmy w boczną drogę, która była asfaltowa i, ku memu zaskoczeniu, jak nie niewielką drogę lokalną, naprawdę dobrej jakości. Miłych zaskoczeń szybko przybyło: z poprzedniej wycieczki po Ukrainie zapamiętałem brak jakichkolwiek informacji drogowych – drogowskazów, oznaczeń miejscowości, itp, tymczasem teraz było ich pod dostatkiem i ciężko się było zgubić.  Nie wiem czy wtedy, te kilka lat temu trafiliśmy na jakiś niedoinwestowany rejon kraju, czy może tak dużo się zmieniło przez ten czas, ale w każdym razie ta zmiana naprawdę cieszyła.

Czas na pierwsze zakupy. Zatrzymaliśmy się przy małym wiejskim sklepiku gdzie kupiliśmy sobie czekoladę i wodę. Wydatki na słodycze będą jedną z najpoważniejszych pozycji w naszym budżecie,  natomiast wodę kupiliśmy pierwszy i ostatni raz. Początkowo mieliśmy zamiar pić na Ukrainie jedynie wodę butelkowaną, przestraszeni dramatycznymi doniesieniami ze strony MSZ o sytuacji epidemiologicznej w tym kraju, ale szybko nam przeszło. W każdej wsi co kilkadziesiąt metrów stała przy drodze studnia i to z nich czerpaliśmy wodę. Nie tylko żyjemy, ale nawet dolegliwości żołądkowych nie zanotowano, więc polecam ten sposób pozyskiwania wody :)

Przed owym sklepikiem pierwszy raz mieliśmy do czynienia z tubylcami. Tubylcy byli jak najbardziej przyjaźnie nastawieni i bardzo ciekawi skąd jesteśmy i dokąd jedziemy. Ponieważ nie chciało nam się tłumaczyć całej planowanej trasy, powiedzieliśmy, że jedziemy do Mołdawii. Reakcją było bezbrzeżne zdumienie. Do Mołdawii? Po co? Przecież tam nic nie ma. Na rowerach? Po co? Nie lepiej samochodem? Reakcja taka okazała się być reakcją typową. Zaczepiano nas na Ukrainie nie raz, zawsze zadawano te same pytania (adkuda? kuda?) i zawsze tak samo się dziwowano ;)

Wkrótce ruszyliśmy dalej. Naszym celem był Włodzimierz Wołyński, pierwsze większe miasto na trasie, gdzie miałem nadzieję wymienić w końcu pieniądze. Ten ambitny plan udało się zrealizować ;) Nie mieliśmy problemów ze znalezieniem kantoru, w którym wymieniłem na hrywny kilkadziesiąt dolarów. Tutaj drobna uwaga: nie opłaca się kupować hrywien w Polsce! Najlepiej przywieźć dolary, których kurs jest dużo korzystniejszy niż u nas. Złotówek nie opłaca się przywozić, bo nie w każdym miejscu da się je sprzedać (przykładowo w kantorze z którego usług skorzystałem, nie prowadzili skupu złotówek), a nawet jak się da, to kurs jest kiepski. Także Wujek Dobra Rada Poleca – na Ukrainę tylko dolary ;)

Choć cały czas było zimno i pochmurno, nie padało przez większość dnia. Zaczęło około 18, ale całe szczęście padało tylko godzinkę. Atak deszczu przetrwaliśmy w jakimś małym  zrujnowanym domku przy drodze. Wykorzystaliśmy ten czas na posiłek i budujące rozmowy ;)

Kiedy przestało padać, ruszyliśmy dalej, ale nie ujechaliśmy daleko, bo pora była późna i trzeba było rozglądać się za jakimś noclegiem. Przez całą wyprawę staraliśmy się rozbijać tak między 19 a 20, żeby zrobić to jeszcze za widna. Tego dnia nocleg wypadł nam w lesie niedaleko drogi.

6 sierpnia, sobota. Dzień 3.

Około godziny 6 rano obudził mnie ostry deszcz, który z głuchym łoskotem bombardował namiot. Co gorsza, okazało się, że mam w środku całkiem pokaźną kałużę! Wtedy myślałem, że to moja wina, bo nieopatrznie nie zamknąłem na noc dokładnie wejścia i przez szpary dostał się deszcz. Kilka dni później, przy kolejnej deszczowej nocy, odkryłem, że prawda jest dużo gorsza – zaczęły się mianowicie odklejać taśmy podklejające szwy i to one puszczały wodę do środka! Niestety mój namiot jest namiotem jednowarstwowym i taki feler oznaczał po prostu to, że przy deszczu trwającym powyżej kwadransa, zaczynało mnie zalewać :( Wujek Dobra Rada radzi: nie kupujcie namiotów jednowarstwowych! Owszem, są lekkie, ale mają dużo wad, które przekreślają z nawiązką tą zaletę. Po wyprawie namiot wylądował na emeryturze (znaczy się w piwnicy), a ja już się rozglądam za nowym, koniecznie dwuwarstwowym.

Ponieważ miałem mokry śpiwór, a jakoś nie miałem ochoty leżeć w mokrej szmacie, przeniosłem się do namiotu Wojtka, którego też deszcz wyrwał ze snu. Posiedzieliśmy sobie tak razem (całe szczęście miał duży namiot) kilka godzin, czekając aż przestanie padać. Gdy w końcu przestało, zaczęliśmy się zbierać do wyjazdu – w trasę wyruszyliśmy około 10.30.

Niestety szybko znowu zaczęło padać i padało większość dnia. Mimo wybitnie niesprzyjającej aury postanowiliśmy walczyć i jechać – i co ciekawe, jechało się całkiem nieźle. Znowu przyszło mi błogosławić nieprzemakalną kurtkę... co prawda spodnie raz dwa przemokły do suchej nitki, ale po pewnym czasie przestałem na to zwracać uwagę.

W końcu dojechaliśmy do miasteczka Beresteczko, znanego (przynajmniej co światlejszym) z wielkiej bitwy Kozaków z Polakami w 1651 roku. Ponieważ pora była obiadowa, postanowiliśmy zatrzymać się na posiłek. Ciągle padało, więc miejsce na postój koniecznie musiało być zadaszone. Po krótkim szukaniu udało nam się znaleźć dobrą miejscówkę – budynek rady miejskiej :) Był on co prawda zamknięty na głucho, ale posiadał zadaszenie na tyle duże, że zmieściliśmy się pod nim nie tylko my dwaj i nasze rowery, ale nawet znalazłem miejsce do rozłożenia śpiwora, dzięki czemu troszkę przeschnął. Nie można pominąć pięknego widoku jaki mieliśmy z tego miejsca – na pomnik Chmielnickiego :) Hetman chyba ciągle ma uraz do Polaków, bo gdy próbowałem zrobić mu zdjęcie, to jakimś tajemnym sposobem przewrócił mój rower – gdy próbowałem go nieporadnie złapać jedną ręką, w drugiej trzymając aparat, zęby korby z impetem wbiły mi się w łydkę. Trzeba przyznać, że widok lejącej się po nodze krwi był całkiem malowniczy ;) Dobrze że Wojtek miał z sobą wodę utlenioną, więc mogłem to zdezynfekować. Bliznę mam po dziś dzień, ale przynajmniej mogę się chwalić, że byłem ranny pod Beresteczkiem w starciu z Chmielnickim ;)

Tego dnia pierwszy raz mieliśmy okazję sprawdzić gościnność Ukraińców. Nie widząc w pobliżu żadnej studni, postanowiliśmy po prostu wejść  na małą działeczkę, która znajdowała się nieopodal miejsca, w której postanowiliśmy się zatrzymać. Po wejściu na ogródek, zostaliśmy zauważeni (szczekanie podstępnego psa nas zdradziło), na ganek wyszedł młody chłopak. Sądziliśmy, że nas pogoni, jednakże uśmiechnął się, i po krótkim tłumaczeniu, iż przyszliśmy wziąć trochę wody do bidonów, pomachał nam ręką i poszedł z powrotem do domu. Pół godziny później znów zjawiliśmy się w tym samym miejscu. Tym razem zostaliśmy zupełnie zignorowani, i przez nikogo nie pytani, spokojnie umyliśmy naczynia.

Zjedliśmy obiad (makaron z sosem), odsapnęliśmy co nieco i trzeba było ruszać dalej, zwłaszcza że w międzyczasie przestało padać (chwilowo, ale zawsze). Obraliśmy kurs na miejscowość Brodi. Mieliśmy do wyboru albo jechać drogą dłuższą, za to lepszą, lub zaryzykować skrót drogą lokalną. Po zastanowieniu wybraliśmy drugą opcję. Szybko zaczęliśmy żałować. Droga rychło zamieniła się w gruntówkę, co gorsza, dosyć grząską. Jechało się ciężko, znowu zaczął deszcz siąpić, krajobraz był strasznie ponury i monotonny, troszkę zaczął w nas duch podupadać.

W końcu udało nam się opuścić nieszczęsny skrót, ale humory niezbyt się poprawiły, bo nagle skończyła się płaska jak stół nizina i wjechaliśmy w pasmo całkiem sporych wzgórz, których zdobywanie kosztowało nas sporo energii. Ja jakoś to wytrzymałem, ale moje siodło nie i wybrało sobie ten właśnie moment, żeby się popsuć. Konkretnie pękł sobie jeden z prętów za które łapie zacisk. Wojtek wpadł na prosty lecz zbawienny pomysł, żeby zacisk przesunąć tak, aby pęknięcie znalazło się w jego środku. Można było jechać dalej, choć była to oczywiście prowizorka i było jasnym, że przy najbliższej okazji muszę koniecznie kupić nowe siodło.

Byliśmy w kiepskich nastrojach, więc postanowiliśmy je sobie naprawić i poszliśmy do restauracji. Przy okazji liczyliśmy na to, że uda się choć trochę podsuszyć ubrania. Lokal, mimo że był w małym miasteczku, był całkiem niezłego standardu – ładnie, czysto, obsługa kelnerska :) A przy tym ceny typowo ukraińskie, czyli po prostu bardzo tanio. Za obfity posiłek składający się ze schabowego, frytek, pysznej surówki i piwa (trochę mniej pysznego), zapłaciłem 12 hrywien, czyli jakieś 8 zł.

W restauracji czuliśmy się trochę nieswojo. Wojtek co chwila wychodził na korytarz i sprawdzał stan obecności rowerów (pomimo ich przypięcia). Jego obawy okazały się nieuzasadnione, gdyż widocznie nawet pijany Ukrainiec (a po lokalu kręcili się i tacy) nie stanowi zagrożenia

Już po posiłku, gdy z pełnymi żołądkami pogrążaliśmy się powoli w błogostanie, przysiadł się do naszego stolika jeden z miejscowych. Dobrze mówił po polsku, bo, jak nam wyznał, ma u nas jakąś dalszą rodzinę i sam czasami jeździ do Polski popracować. Pogadaliśmy sobie z nim troszkę i trzeba się było zbierać do wyjazdu.

Na dworze było już ciemno, więc daleko nie ujechaliśmy. Zaraz za miasteczkiem skręciliśmy w boczną polną drogę i rozbiliśmy się tuż przy ścianie lasu. Całe szczęście nie padało.

7 sierpnia, niedziela. Dzień 4.

Całe szczęście w nocy nie padało, ranek też był suchy :) Jakoś wcześnie się obudziłem, Wojtek jeszcze spał, nie było sensu go budzić, więc wziąłem się za czytanie książki.

Udało nam się wyruszyć około 9.30. Po przejechaniu kilku kilometrów zatrzymaliśmy się na zakupy w przydrożnym sklepie typu „mydło i powidło”. Zakupy były spore, bo oprócz, tradycyjnie, słodyczy (tym razem chałwy i lodów), kupiliśmy też sobie sok, jakieś konserwy i warzywa.

Niestety, znowu pogoda wykręciła nam numer. Przed południem, choć brzydko i pochmurnie, przynajmniej nie padało, ale szczęście nie trwało długo. Mając 28 km na licznikach, zatrzymaliśmy się na rozprostowanie kości na starej, nieczynnej stacji benzynowej. Notabene, jak zobaczyłem te stare, zrujnowane dystrybutory z analogowymi wskaźnikami, to aż się wzruszyłem ;) Postój przewidziany na 5 minut, trwał 5 godzin... Ledwo co się zatrzymaliśmy, zaczęło padać. Postanowiliśmy przeczekać, nie chciało nam się moknąć tak jak poprzedniego dnia. Całe szczęście stacja miała zadaszenie, niewielkie, ale na głowy nam nie padało.

Siedzieliśmy tak sobie wpatrując się w deszcz, minęła jedna godzina, druga, zrobiliśmy się głodni, więc coś upichciliśmy (znaczy się makaron), zjedliśmy, znowu siedzimy, gapimy się, gadamy o pewnej części ciała niejakiej Maryny, gapimy się w bombardowane deszczem kałuże, czytamy książki, gazety, o! przestało padać :) Rozglądamy się z taką pewną nieśmiałością, kurcze, faktycznie, nie pada. Niebo dalej zasnute po horyzont, ale deszcz gdzieś sobie odfrunął. Trzeba jechać! Była godzina 16.30, my mamy niecałe 30 km, po prostu przebieg zabójczy.

Żeby choć trochę nadrobić stracony czas, ruszyliśmy ostro do przodu. Rychło dojechaliśmy do Tarnopolu, największego ukraińskiego miasta przez jakie mieliśmy okazję przejeżdżać (230 000 mieszkańców). Prawdę mówiąc, nie było to nic przyjemnego. Bardzo duży, a przy tym chaotyczny ruch. Nawierzchnia miejscami tak kiepska, że bardziej się opłacało przepychać między pieszymi na chodnikach. Brak jakichkolwiek drogowskazów powodował, że co chwila musieliśmy się dopytywać o drogę. Samo miasto brzydkie i nieciekawe. Opuszczaliśmy je bez najmniejszego żalu.

Po wyjechaniu z miasta byliśmy zmuszeni przejechać kilka kilometrów główną magistralą o bardzo dużym natężeniu ruchu, ale całe szczęście droga miała po dwa pasy w każdą stronę, więc nie było źle, a bardzo dobra jakość asfaltu pozwalała nieźle się rozpędzić. Kiedy znowu zjechaliśmy na boczną drogę, było już późno. Humory dopisywały całkiem nieźle – mimo bardzo długiej przerwy w środku dnia przebieg był w miarę przyzwoity, i, co ważniejsze, pierwszy raz od kilku dni zobaczyliśmy słońce! Ewidentnie się przejaśniało i mieliśmy nadzieję, że to ostatni dzień brzydkiej pogody. Naiwni...

Nocleg nam wypadł w środku pola. Nie było w okolicach żadnego fajnego miejsca, lasów jak na lekarstwo, więc zaraz za jakąś wioską skręciliśmy na pole porośnięte jakimiś bliżej niezidentyfikowanymi roślinami (buraki??) i rozbiliśmy się kilkanaście metrów od jezdni, oddzieleni od niej jedynie pojedynczym szpalerem drzew.

8 sierpnia, poniedziałek. Dzień 5.

Gdy obudziłem się rano, z nadzieję wystawiłem głowę na zewnątrz, licząc na widok pięknego, błękitnego nieba. Niestety, rozczarowałem się. Niebo wyglądało tak samo paskudnie jak i w poprzednie dni... ale przynajmniej nie padało. Chwilowo.

Gdy mój wzrok z nieba zszedł bardziej na ziemię, zobaczyłem, że w niedalekiej okolicy kręcą się ludzie. Tubylcy jak sądzę, bo prowadzili krowy na łańcuchach. Zachowywali się jakoś dziwnie, kluczyli po krzakach w to i we wte... myślę, że chyba po prostu się nas bali ;) Chcąc zaoszczędzić im stresu, zebraliśmy się wyjątkowo szybko i już o 8.30 byliśmy na szlaku.

Mimo sporych górek jechało się bardzo dobrze i szybko.

Przed sklepem, w którym zatrzymaliśmy się na lody, zagadała nas młoda kobieta. Bardzo dobrze mówiła po polsku, jak się okazało, jeździła często do Polski do pracy. Miło było porozmawiać sobie z kimś odpowiadając na trochę szerszy zestaw pytań niż nieśmiertelne adkuda, kuda :) Ale trzeba było jechać dalej – niebo kiepsko wyglądało i chcieliśmy zrobić jak najwięcej kilometrów zanim zacznie padać. Bo nie mieliśmy wątpliwości, że padać w końcu zacznie.

No i zaczęło. Była godzina 11.40, a my na liczniku mieliśmy niewiele ponad 40 km. Schowaliśmy się na przystanku (całe szczęście na Ukrainie mają wielkie, betonowe przystanki autobusowe, także jest się gdzie chować) zdecydowani deszcz przeczekać. Wiał silny wiatr, chmury gnały po niebie, więc mieliśmy nadzieję, że nie będziemy musieli długo czekać.

Początkowo wydawało się, że nasze modły zostały wysłuchane – zaledwie po godzinie deszcz ustał i mogliśmy ruszyć dalej. Niestety, nie ujechaliśmy daleko. Udało nam się przejechać zaledwie trzy kilometry, z jednego końca wioski na drugi, gdy znowu zaczęło lać. Przynajmniej i teraz mieliśmy do dyspozycji przystanek, więc na głowy nam nie padało.

Zaczęło się wielkie czekanie. Deszcz lał jak z cebra. Było zimno. Było głodno, bo niestety ale nie mieliśmy nic na obiad, przekonani że zakupy zrobimy w kolejnej wiosce. Było nudno. A na koniec zaczęło być i mokro, bo dach przystanku zaczął przeciekać. . Liczba przeczytanych stron gazet i książek wziętych jeszcze z Polski (tutaj pragniemy podziękować redaktorowi Polityki oraz p. Sapkowskiemu ) rosła w oczach. Czasem wydawało nam się, iż przechodnie mogli nas mieć za moli książkowych, a nie za kolarzy ;-)

W czasie tych godzinach wiele osób przewinęło się przez nasz przystanek. Przychodzili, czekali, odjeżdżali. Na ogół nie wykazywali nami żadnego zainteresowania, ale były wyjątki. Jakiś staruszek koniecznie uparł się, że porozmawia z nami i nie zrażał się tym, że rozumiemy piąte przez dziesiąte co do nas mówi. Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, zaczął jak z rękawa sypać nazwami polskich miejscowości – wymienił ich, bez przesady, z 20. Ja tylu ukraińskich na pewno bym nie wymyślił ;)

Była już godzina 18, sterczeliśmy na tym nieszczęsnym przystanku już 5 godzin, a nic nie zapowiadało żeby miało przestać padać. Trzeba było coś działać. Najpierw postanowiliśmy poszukać jakiegoś sklepu, bo głód nam kiszki skręcał. Porażka, wszystko pozamykane. Najbliższy czynny sklep był, jak nam objaśnił jakiś miejscowy, w następnej miejscowości, dobre 20 km dalej. Nie chciało nam się pedałować w ulewie tylu kilometrów, więc zaczęliśmy zastanawiać się nad noclegiem. Dosyć szybko porzuciliśmy myśl o nocowaniu na dziko, zostawała więc metoda „na gospodarza”. Tylko do kogo zapukać? Zdałem się na przeczucie Wojtka, który zaproponował skręcić w jedną z bocznych uliczek i tam poszukać.

Zapukaliśmy do pierwszego napotkanego domu. Otworzyło nam małżeństwo po 40. Gdy wyjaśniliśmy im o co chodzi, bardzo się nami przejęli, ale stwierdzili, że niestety nie mogą nas przenocować, bo niedawno mieli pożar w domu, są teraz w trakcie remontu i nie mają warunków do przyjmowania gości. Staraliśmy się im wytłumaczyć, że nie potrzebujemy żadnych luksusów, że wystarczy nam kawałek suchej podłogi, choćby w stodole (znajdowała się taka na podwórku), ale tylko kręcili przecząco głowami. Nie wiem dlaczego, możliwe że po prostu nie rozumieli co do nich mówimy ;)

W końcu stanęło na tym, że mamy poprosić o nocleg w sąsiednim domu, a jeżeli nam odmówią, to mamy wrócić, wtedy coś się wymyśli. OK., niech tak będzie, spróbujemy. I spróbowaliśmy, ale próba była zupełnie spalona – kobieta która z nami rozmawiała, odmówiła kategorycznie, twierdząc, że oni takich usług nie prowadzą. Może myślała, że wzięliśmy jej dom za jakąś noclegownię? Nie wiem, w każdym razie wróciliśmy do pierwszego domostwa. Jego gospodarze, po krótkiej naradzie, wymyślili, że będziemy mogli przenocować w miejscowej szkole, a tymczasem zapraszają nas na posiłek. Zgodziliśmy się oczywiście z entuzjazmem ;) Pomimo śmierdzących ubrań (ciągła wilgoć…) zostaliśmy mile przyjęci.

Trafiliśmy w środek małej imprezki – oprócz gospodarzy były jeszcze dwie osoby, stoły zastawione zimnymi przekąskami i napojami różnistymi. Przyjęto nas serdecznie, nakarmiono, napojono (nie mogło się oczywiście obyć bez kieliszku bimbru) – jednym słowem, żyć nie umierać. Jakoś się dogadywaliśmy łamanym polsko – rosyjsko – ukraińskim, choć jak doszło do żartowania, to mieliśmy problemy z załapaniem pointy ;)

Okazało się, że nasz gospodarz jest miejscową szychą, szefem policji. Było to dla nas bardzo na rękę, bo nie miał żadnych problemów z załatwieniem obiecanego noclegu w szkole – przy nas wykonał telefon w którym oznajmił szkolnemu stróżowi, że niedługo przyjedzie do niego dwóch Polaków na rowerach i należy ich przenocować.

Na koniec naszej wizyty wymieniliśmy się adresami i zrobiliśmy pamiątkową fotkę, tzw. „fotku na pamięć”. Przygotowanie do zdjęcia trwało dobre parę minut. Składały się na to m.in. zmiana ubrania, praktycznie całego, głowy domu czy makijażu małżonki. W końcu udało nam się zdjęcie zrobić.  Czas było ruszać do miejsca noclegu, robiło się późno, a my chcieliśmy zajechać tam jeszcze za widna.

Stróż w szkole już na nas czekał. Był prostym człowiekiem, jednakże bardzo uczynnym i naprawdę był bardzo zainteresowany naszym pobytem. Co dziwne, jego nie udawało nam się w ogóle zrozumieć, za to on nas znakomicie. Może pomagały zręczna mimika Wojtka, który praktycznie przez całą wyprawę posiłkował się ruchami rąk i nóg w taki sposób, aby móc się dogadać z „tubylcami”. Zaprowadził nas do obszernej sali, gdzie miejsca mieliśmy tak dużo, że rozłożyliśmy wszystkie nasz rzeczy, łącznie z namiotami, do wyschnięcia. Dostaliśmy do dyspozycji łóżkowe materace, także nie musieliśmy obijać sobie kości na karimatach :) Jedynym minusem miejsca było to, że nie było wody, a więc nici z wieczornej herbatki...

9 sierpnia, wtorek. Dzień 6.

Pierwsze co zrobiłem rano po przebudzeniu, to oczywiście sprawdzenie, jak tam z pogodą. Nie pada! Ba, piękne niebieskie niebo, z lekka tylko przetykane zupełnie nieszkodliwymi białymi chmurkami :) Widok po prostu boski. Co prawda wiatr był straszliwy, ale kto by się przejmował takimi głupotami, kiedy w końcu jest sucho.

Kolejna miła niespodzianka: dwie półtoralitrowe butelki z wodą. Stróż musiał się zlitować nad nami i skądś skombinował. Niech będzie błogosławiony, mogliśmy dzięki niemu wypić gorącą herbatę :) Wody było na tyle dużo, że po śniadaniu zostały nam jeszcze dobre dwa litry – wykorzystaliśmy je do pobieżnej (bardzo) kąpieli na trawniku przed szkołą.

Tego dnia mijało 5 dni które łaskawie nam dano na dojechanie do Mołdawii. Szczerze mówiąc, nie wiem co by się stało, gdybyśmy się nie zmieścili w tym terminie. Być może kompletnie nic. Być może trzeba by coś posmarować. A może trafilibyśmy na jakiegoś służbistę, który by kazała wracać do Polski. Nie wiem. W każdym razie woleliśmy nie ryzykować i za wszelką cenę do Mołdawii tego dnia wjechać. Do granicy mieliśmy około 140 km. Sporo, zwłaszcza że mieliśmy zamiar co nieco pozwiedzać po drodze, ale przecież jak najbardziej do zrobienia.

Ruszyliśmy wcześnie, bo już o 8.30 byliśmy na szlaku. Jechało się ciężko, bo wiatr był naprawdę silny – i tak mieliśmy szczęście że wiał z boku, a nie w twarz... ale nic to, grunt że nie pada :) Co chwila zerkaliśmy w niebo, nie mogąc się nacieszyć jego błękitem.

Gdy zatrzymaliśmy się na obiad, Wojtek stwierdził, że on koniecznie musi wziąć prysznic. W pobliżu była studnia, więc było skąd wziąć 20 litrów wody do słonecznego prysznica, problemem było tylko, gdzie go zawiesić... o ustronne miejsce było trudno, bo nasz postój wypadł nam jak zwykle po prostu na poboczu drogi. A po drodze, jak to po drodze, ludzie chodzą, samochody jeżdżą... Uparliśmy się jednak na tą kąpiel i nic nie mogło nas od tego odwieźć. Zawiesiliśmy prysznic na gałęzi przydrożnego drzewa i dawaj się myć :) Całe szczęście drzewo obrastały dosyć gęste krzaki, więc chyba nikt nie zauważył naszych oblucji ;)

Wkrótce ruszyliśmy dalej. Było dosyć nudno, bo musieliśmy wjechać na główną drogą, która prowadziła prosto jak po sznurku i absolutnie nic ciekawego w jej otoczeniu nie było. Ale przynajmniej szybko się ją jechało, a akurat tego dnia było to wyjątkowo istotne.

Dojechaliśmy do Kamieńca Podolskiego.  Średniej wielkości miasto (93 000), ładne i ciekawe. A najciekawszy jest w nim oczywiście zamek, tak rozsławiony przez Sienkiewicza w „Panu Wołodyjowskim”. Trafiliśmy do niego bez najmniejszych problemów. Szczerze mówiąc, spodziewałem się, że będzie co nieco większy, w końcu było to jedna z głównych twierdz Rzeczpospolitej, tymczasem zamek jest po prostu niewielki. Ale za to bardzo foremny :) I co cieszy, naprawdę zadbany. Żeby wejść do środka trzeba zapłacić, ale szarpnęliśmy się na te dwie hrywny na  łebka ;) Rowery musieliśmy zostawić na zewnątrz, razem z bagażem, mieliśmy pewne obawy, ale nic im się nie stało. W środku nie ma może zbyt dużo do zwiedzania, ale mimo to warto tam wejść, choćby po to, aby przejść się po robiącej wrażenie galerii strzeleckiej.

Trzeba było ruszać dalej. Kolejnym celem był leżący całkiem niedaleko Chocim. Po drodze do niego przekraczaliśmy Dniestr – rzeka naprawdę imponująca i wielce malownicza. Żeby zobaczyć zamek w Chocimiu musieliśmy nadłożyć ładnych parę kilometrów, ale warto było. Zamek robi wrażenie, wygląda dużo potężniej niż ten w Kamieńcu i jest przepięknie położony w zakolu Dniestru. W środku co prawda nie było wiele do zobaczenia, zamek jest dosyć zaniedbany, ale trwały w nim właśnie jakieś prace remontowe, więc jest szansa że i on wkrótce wróci do pełnego blasku.

W Chocimiu zrobiliśmy duże zakupy, na zapas, albowiem w Mołdawii nie mieliśmy zamiaru nic kupować. Uznaliśmy, że będziemy tam tak krótko, że nie ma sensu szukać kantoru i bawić się w wymianę walut, skoro można jeszcze na Ukrainie zrobić większe zakupy.

Z Chocimia ruszyliśmy ostro z kopyta. Droga była dobrej jakości, ruch samochodowy znikomy, humory dopisywały wyśmienicie, więc jechało się naprawdę szybko. Łykaliśmy kilometr za kilometrem, do granicy było coraz bliżej, ale i coraz później się robiło. Gdy dojechaliśmy w końcu do Mamałygi, było już dobrze po 22 i ciemno choć oko wykol. Pierwszy i ostatni raz jechaliśmy w kompletnej ciemnicy. Mimo lampek człowiek się szybciej męczy, ale innego wyjścia nie mieliśmy. Na dodatek dojechanie do granicy nie było takie proste, gdyż napotykaliśmy po drodze parę skrzyżowań, które w żadnym wypadku nie zdradzały swych ambicji do bycia drogą międzynarodową.

Jesteśmy na granicy. Po stronie ukraińskiej niewiele samochodów, więc odprawa poszła w miarę szybko i sprawnie. Przeżyliśmy tylko chwilę grozy kiedy Wojtek nie mógł znaleźć karteczki (podobno bardzo ważnej) jaką otrzymuje się wjeżdżając na Ukrainę, ale w końcu się znalazła. Jeszcze tylko kilka minut pogaduszki z bardzo ciekawską celniczką i jesteśmy na pasie ziemi niczyjej. Choć to przejście międzynarodowe, ciemno straszliwie, zero oświetlenia, droga dziurawa jak sto nieszczęść. Jakoś udało nam się jednak dowlec do punktu mołdawskiego. Punkt ten mieścił się w zwykłym baraku, w którym urzędował sobie pan pogranicznik. Całe szczęście nie robił nam żadnych problemów, wbił pieczątki i kazał jechać dalej, do celnika. A więc jedziemy. Droga wyboista i błotnista, mijamy ruiny jakiegoś budynku, po drugiej stronie wraki samochodów. Gdzie ten celnik? Pusto, nikogo nie ma... jedziemy powoli, licząc na to, że zaraz się napatoczy. Nie przeliczyliśmy się – gdy mijaliśmy jakiś obskurny bar, wyskoczył z niego celnik, jeszcze w biegu zapinając mundur. Był bardzo zdziwiony naszym widokiem i za nic nie mógł zrozumieć, po co my w ogóle jedziemy na tą Mołdawię. Nasze tłumaczenia, że chcemy po prostu trochę poznać jego piękny kraj, przyjął z wyraźnym niedowierzaniem. Nic to, grunt że problemów nie robił i w końcu znaleźliśmy się na mołdawskiej ziemi.

Odjechaliśmy może z kilometr i zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Mieliśmy z tym duży problem, bo było ciemno i ciężko było coś znaleźć. W końcu rozbiliśmy się na jakiejś gruntowej ścieżce biegnącej równolegle do drogi, doskonale z niej widoczni. Przez całą noc słychać było odgłosy pracujących maszyn z pobliskiej fabryki wydobywczej kruszywa, która najwidoczniej pracowała na trzy zmiany.

10 sierpnia, środa. Dzień 7.

Obudziłem się po 6 ze świadomością, że ktoś łazi wokół namiotu. Faktycznie, przesuwające się po ścianie namiotu cienie nie pozostawiały co do tego najmniejszych wątpliwości. Tylko jakieś takie nieforemne te cienie... i sapią... sapią? mało tego, one muczą :) Rozpiąłem namiot i ostrożnie wyjrzałem na zewnątrz. Znajdowałem się w środku całkiem pokaźnego stada krów. Zwierzęta były pozytywnie do nas nastawione i bardzo ciekawskie, jedna z nich prawie mi wlazła do środka namiotu. W przeciwieństwie do nich, pasterze którzy je przeganiali, udawali że nas nie ma i że na środku drogi którą zwykle prowadzą krowy, w ogóle nie ma żadnych namiotów ;)

Dopiero teraz, za dnia, zobaczyliśmy jak nędzną mieliśmy miejscówkę. Nie dosyć, że zajęliśmy całą gruntówkę i biedne Mućki aby na obejść musiały wspinać się na całkiem strome zbocze wzgórza, to  asfaltówka która biegła obok okazała się być całkiem ruchliwa i co chwila w to i we wte łaziły po niej całe gromadki ludzi. Mieliśmy przy tym okazję posłuchać jak rozmawiają z sobą i już wiedzieliśmy, że ciężko się będzie z nimi porozumieć – nie rozumieliśmy ani słowa.

Zebraliśmy się w tempie ekspresowym i już pół godziny po pobudce byliśmy w drodze. Daleko nie ujechaliśmy, bo zaledwie trzy kilometry dalej zatrzymaliśmy się na śniadanie. Miejsce które wybraliśmy wydawało nam się dosyć odludne, ale tylko tak nam się wydawało – dosłownie kilka minut później byli już otoczeni gromadką dzieciaków. Dzieciaki nie były kłopotliwe, nie narzucały nam się, tylko z odległości kilku metrów przypatrywały się nam, komentując coś między sobą. Ogromne wrażenie na nich robił Wojtka kask – przypatrywali mu się ciągle uważnie.

Wkrótce ruszyliśmy dalej. Pierwsze wrażenia z Mołdawii: drogi gorsze niż na Ukrainie, ale ruch samochodowy znikomy, więc wszelkie dziury można było omijać korzystając z całej szerokości jezdni. Praktycznie brak oznaczeń drogowych – ani drogowskazów, ani nazw miejscowości. Na trasie którą zrobiliśmy wiosek było stosunkowo niewiele, ogólnie teren sprawiał wrażenie słabo zaludnionego, co zresztą w ogóle nam nie przeszkadzało. Ruch drogowy należał do furmanek na drewnianych kołach, jedynie owiniętych gumą grubości dętki (albo i nie) oraz rowerzystów na rowerach typu Ukraina.

Jechało nam się wyjątkowo kiepsko, powoli i z mozołem. W sumie nie wiem dlaczego – może za dużo kilometrów poprzedniego dnia? Może zbyt mało, zbyt niespokojnego snu? Nie wiem, w każdym razie było ciężko. Robiliśmy sobie co godzinę długie przerwy i sporo wysiłku woli kosztowało nas dalsze podjęcie jazdy. Co chwila szukaliśmy się wzrokiem nawzajem i czekaliśmy czy któryś z nas nie powie. – Może tu postój? Tak ładnie tutaj. ;-)

Na przerwę obiadową zatrzymaliśmy się tuż przy drodze. Przez godzinę postoju nie przejechał po niej ani jeden samochód. Zresztą, żaden inny pojazd również :) Dodatkowym plusem był piękny widok na szeroko położone wzgórza porośnięte hektarami słonecznika i kukurydzy. Bez dwóch zdań – Mołdawia mi się podobała :)

Wczesnym popołudniem mieliśmy okazję przepłynąć się promem. W ogóle się tego typu atrakcji nie spodziewaliśmy, bo na mapie był zaznaczony most, ale jak nam to wytłumaczył jeden miejscowy (notabene służący za lat młodości w wojskach radzieckich stacjonujących w Polsce), most kiedyś faktycznie był, ale to było dawno, bo (cytuję): „sowieci most bum”, uważając że w razie inwazji zgniłego Zachodu na komunistyczny raj może posłużyć wojskom pancernym najeźdźcy. Tak czy siak, mostu nie było, ostały się po nim tylko gigantyczne betonowe podpory.
Gdy zajechaliśmy nad rzekę, prom akurat zmierzał w naszą stronę. Wlókł się niemiłosiernie, zanim do nas dopłynął minęło kilka minut. Później musieliśmy czekać dalszych kilkanaście zanim ruszy na drugi brzeg, a więc w sumie cała ta operacja trochę trwała.
Prom obsługiwało kilku wyrostków. Gdy ruszyliśmy, jeden z nich zaczął się od nas domagać po 2 leje tytułem opłaty. Ewidentnie próbował nas naciągać, bo od innych podróżnych (a było ich sporo) nikt żadnej opłaty nie wymagał, nigdzie też nie wisiał żaden cennik.
Nie zapłaciliśmy. Choćbyśmy chcieli, to nie mieliśmy za bardzo czym, bo żadnych pieniędzy na leje nie wymienialiśmy. Zresztą, chłopaczek był kiepskim naciągaczem, bo ledwo wydukał koślawym angielsko-rosyjskim o co mu chodzi, to odwrócił się na pięcie i uciekł do sterówki. Więcej już nas nie nagabywał, a my nie mieliśmy zamiaru się przypominać. Hmm, może odstraszyły go powiewające na sakwach Wojtka majtki i skarpetki?

Prom dobił do drugiego brzegu, można było jechać dalej. Niestety rychło stanęliśmy przed dylematem w którą stronę jechać – mapa była nieprzydatna, a żadnych drogowskazów oczywiście nie było. Spytaliśmy się miejscowych o drogę, niestety ich rady tylko nas wpakowały w plątaninę dróg gruntowych. W końcu udało się jakoś z powrotem odnaleźć właściwą drogę i wyjechać na asfalt.

Nocleg wypadł nam w dosyć kiepskim miejscu. O ile przez większość dnia jechaliśmy przez głuszę,  to pod wieczór trafiliśmy na ciąg wiosek. Ściemniało się już i nie mieliśmy czasu ani sił na szukanie lepszego miejsca, więc chcąc nie chcąc rozbiliśmy się skraju jakiejś mieściny, na rozległej łące. Jeszcze tylko prysznic i można iść spać. Prysznic braliśmy w budynku w stanie surowym (za dużo powiedziane chyba – sam beton). W środku była ziemia nasypana, która niezbyt dobrze pachniała, dlatego też zdecydowaliśmy się poświęcić worek na śmieci (który do tej pory służył Wojtkowi jako zabezpieczenie przeciwdeszczowe na karimatę) i stąpać nóżkami po nim, a nie odchodach bliżej niezidentyfikowanych zwierząt.

11 sierpnia, czwartek. Dzień 8.

To już drugi poranek na Mołdawii i znowu w towarzystwie krów. Tym razem nie chciały nas stratować, bo miejsca miały dosyć, ale kręciły się w pobliżu – okazało się, że łączka na której się rozbiliśmy, jest ich pastwiskiem. Krowy chodziły sobie luzem, nie były przywiązane na łańcuchu, tak jak to się robi w Polsce. Żeby zaś nie uciekły, pilnowała ich trójka pastuszków, dzieci w wieku około 15 lat – fajne wakacje, leżeć cały dzień w trawie i gapić się na przeżuwające parzystokopytne ;)

Rano spędziłem z pół godziny próbując wyregulować przednią przerzutkę, bo przestała zrzucać na najmniejszą tarczę. Ponieważ mieliśmy niedługo wjechać w góry, sprawa była dosyć istotna. Trochę się nad tym namęczyłem, bo kiedy przerzutka już zrzucała na najmniejszą tarczę, to przestawała na największą. No, ale w końcu jakoś się udało :)

W trasie byliśmy około 9. Jechało nam się bez porównania lepiej niż poprzedniego dnia, można wręcz powiedzieć – z pieśnią na ustach :)

Sielanka nie trwała długo, bo nagle... skończył się asfalt. Początkowo się tym nie przejmowaliśmy, licząc na to, że szybko pojawi się z powrotem, ale mijał kilometr za kilometrem, a on się nie pojawiał. Na pewno jechaliśmy dobrze, bo gdy dopytaliśmy się jakiegoś tubylca o nazwę mijanej miejscowości (tabliczek oczywiście nie było), to zgadzała się ona z mapą. No nic, więc jedziemy dalej. Średnia prędkość spadła nam to kilkunastu kilometrów na godzinę i zaczynaliśmy powoli tęsknić za dziurawym asfaltem. Są różne gruntówki, niektórymi z nich można jechać naprawdę szybko, nie wolniej niż asfaltem. Ta do nich nie należała – wyglądała jak jakaś droga czołgowa, pełna dziur i wykrotów. Miejscami, mimo słonecznej, wręcz upalnej pogody, była pełna błota i przepastnych kałuż, lub, dla odmiany zapewne, sucha jak pieprz i pylista tak bardzo, że przejeżdżające od czasu do czasu ciężarówki zostawiały za sobą wiszącą dłuższy czas w powietrzu chmurę gryzącego oczy kurzu. Ciągłe nierówności powodowały odkręcanie się śrubek i początek choroby „trzęsawicy dłoni”.

A propos ciężarówek, to stanowiły one dobrą połowę wszystkich pojazdów silnikowych jakie spotkaliśmy w Mołdawii – to dosyć charakterystyczna cecha ubogich krajów. Większość z nich to był stare, radzieckie Gazy. Wielkie, hałaśliwe i powolne. To ostatnie zwłaszcza było widać na podjazdach, które my, objuczeni sakwami rowerzyści, pokonywaliśmy szybciej niż te jazgoczące potwory.

W końcu udało nam się pokonać tą gruntówkę, ale dopiero po przejechaniu nią 30 km. Na koniec musieliśmy wdrapać się na stromy, morderczy podjazd, który jako jedyny na całej wyprawie zmusił nas do pchania roweru i jesteśmy z powrotem na asfalcie. Jak później zastanawialiśmy się nad całą sprawą, to wyszło nam, że mordowanie się tą gruntówką nie było konieczne, że droga asfaltowa była, tylko prowadziła łukiem nadkładając sporo kilometrów. Niestety, z naszej beznadziejnej mapy nic takiego nie wynikało i wyszło jak wyszło. Przez pół dnia męczyliśmy się drogami lokalnymi, zamiast pojechać główną. Zrobilibyśmy więcej kilometrów, jednak z pewnością nasze samopoczucie byłoby lepsze . Zresztą, nieważne - grunt że znowu mogliśmy przyspieszyć do sensownej prędkości.

Rychło dojechaliśmy do przejścia granicznego w Ungheni. Po stronie mołdawskiej poszło szybko i sprawnie, a po stronie rumuńskiej... jeszcze lepiej :) Ponieważ była oddzielna bramka dla obywateli UE, zupełnie puściutka, odprawa nie trwała nawet minuty.

Pierwsze wrażenia z Rumunii: kapitalne drogi, świetnie oznaczone, bardzo duży ruch samochodowy. W porównaniu z Mołdawią, po prostu pełna cywilizacja.

Odjechaliśmy od granicy może z kilometr i zatrzymaliśmy się na dłuższy postój. Zaraz pojawiła się rumuńska straż graniczna i zaczęli nas maglować, a skąd, a po co, a dlaczego tu stoimy. Po spisaniu paszportów dali nam jednak spokój i pojechali sobie dalej. Ten drobny i w sumie zupełnie nieszkodliwy incydent był jedynym naszym kontaktem z „władzą” w czasie całej wyprawy.

Wkrótce ruszyliśmy dalej. Zaliczyliśmy jeden większy podjazd i zjechaliśmy do rozległej doliny. Naszym najbliższym celem było duże miasto Iasi. Mieliśmy zamiar wymienić tam pieniądze na leje, ja dodatkowo chciałem w końcu kupić sobie nowe siodełko. Jechało nam się bardzo szybko, praktycznie nie schodziliśmy poniżej 30 km/h, więc szybko znaleźliśmy się u celu. Dobrze było poczuć w końcu wiatr we włosach, zamiast pyłów z dróg z Mołdawii. Iasi zaskoczyło nas swoją nowoczesnością, której przykładem były na przykład... animowane sygnalizatory świetlne dla pieszych :) Jako ciekawostkę można podać fakt, iż bardzo dużo samochodów to były jakże swojskie Daewoo, przykładowo większość taksówek to były Matizy. W sumie nic dziwnego, to właśnie od Rumunii Daewoo rozpoczęło ekspansję na rynki europejskie, dopiero później przyszedł czas na Polskę. Dla turbomaniaków – Nexia to u nich Cielo ;-)

Kierując się wskazówkami miejscowych (idzie się od biedy porozumieć po angielsku), znaleźliśmy kantor wymiany walut, a później sklep sportowy – całe szczęście mimo dosyć później godziny był jeszcze czynny i miał przyzwoicie zaopatrzone stanowisko rowerowe. Siodełka jakie mieli to w większości były szerokie kanapy do rowerów miejskich, ale udało mi się znaleźć coś w miarę mi odpowiadającego i niedrogiego przy tym, bo za równowartość 13 zł. Jak się później okazało, nie było ono może szczytem wygody, ale w końcu jakoś tyłek się od niego przyzwyczaił i było ok., jeżdżę na nim do tej pory.

Po opuszczeniu miasta, które zaskoczyło nas wielkością i nowoczesnością, zrobiliśmy jeszcze 20 km i rozbiliśmy obóz, niedaleko od głównej drogi, odbiliśmy od niej tylko ze 100 metrów boczną, gruntową ścieżką. Chcieliśmy jak najdalej uciec od hałasu silników, a ruch był spory na drodze.

Z głównej drogi nie było nas widać, bo byliśmy zasłonięci polem słoneczników, za to naprzeciwko nas, w odległości może 200 metrów, stał sobie jakiś barak. Rychło okazało się, że jest zamieszkały – ledwo zaczęliśmy się rozbijać gdy z baraku wyszedł jakiś człowiek i zaczął zmierzać w naszą stronę. Nie wiem jak mu się chciało, bo to jednak był to pewien kawałek, po drodze musiał pokonać małą rzeczkę i wspiąć się na dosyć strome wzgórze, ale przyszedł do nas. Pewnie chciał sobie pogadać, ale musiał się rozczarować, bo my po rumuńsku ani me, ani be, ani kukuryku ;) Dosyć szybko to zrozumiał i przestał nam nawijać nad uchem, ale nie poszedł sobie, tylko stanął lekko z boczku i obserwował jak się rozbijamy. Trochę nas to krępowało, ale w końcu pożegnał się grzecznie i wrócił do siebie.

12 sierpnia, piątek. Dzień 9.

Nasza pierwsza noc w Rumunii była spokojna, nikt nas nie zaczepiał, nie molestował i nawet gwałcić nie próbował ;) Uprzedzając może trochę fakty napiszę, że Rumunia, wbrew powszechnie u nas panującej opinii, jest krajem bardzo bezpiecznym, pełnym przyjacielsko nastawionych ludzi.

W trasę wyruszyliśmy około 9. Po przejechaniu jeszcze kawałeczka główną trasą, skręciliśmy w bok. Od razu zmniejszył się ruch samochodowy (choć i tak nie był mały) i pogorszyła jakość asfaltu (choć i tak nie była najgorsza). Jechało się ciężko. Było sporo górek, może nie jakichś bardzo stromych i długich, za to w dużej ilości. Wiał bardzo silny wiatr, całe szczęście boczny, ale mimo to przeszkadzał nielicho i bardzo nas spowalniał. A do tego wszystkiego – trąbienie. Rumuńscy kierowcy (zwłaszcza we wschodniej części kraju, na zachodzie jest dużo lepiej) mają idiotyczny zwyczaj trąbienia co chwila. Trąbią na siebie nawzajem, na rowerzystów, na pieszych, a czasami po prostu ot tak sobie. Nie wydaje mi się, żeby robili to ze złej woli, z chęci przestraszenia kogokolwiek. Nie, oni po prostu ostrzegają, że jadą. Cóż, może miało to sens 30 lat temu, gdy samochód był na drogach sensacją i trzeba było klaksonem przeganiać z jezdni stada drobiu i dzieciarni... teraz jednak, gdy człowiek jechał sobie grzecznie tak blisko skraju jezdni, że już bliżej się nie da, a mimo trąbiono na niego kilkadziesiąt razy dziennie, budziło to tylko skrajną irytację. A czasami wręcz stan przedzawałowy, gdy z odległości kilkunastu metrów „ostrzegawczo” ryknął prosto w ucho klakson wielkiego tira. Mimo że spędziliśmy w Rumunii przeszło tydzień, do samego końca nie przyzwyczaiłem się do tego. I zjawisko to uważam za największą wadę podróżowania rowerem po tym kraju.

Z wielkimi bólami jakoś udało nam się dopedałować do przerwy obiadowej. W ciekawym miejscu nam wypadła, bo tuż przy przydrożnej kapliczce. Obok niej, w ramach tego samego ogrodzenia, była studnia i dwie wygodne ławy ze stołem, więc grzech było nie skorzystać. Na obiad oczywiście nieśmiertelny makaron – mieliśmy problem z zagotowaniem wody z powodu wiatru, ale jakoś poszło. W pewnym momencie podeszło do nas dwóch Rumunów. Już się baliśmy, że może zarzucą nam profanowanie kapliczki lub coś w podobnym stylu, ale oni zaczęli tylko żebrać o papierosy. Niestety nie wystarczyło im proste „nie mamy”, musieliśmy o tym zapewniać solennie przez dobrych kilka minut, dopiero wtedy dali nam spokój, i sobie poszli. No właśnie, żebractwo w Rumunii – nie oszukujmy się, zdarza się. Ale nie jest to wielki problem, nam przytrafiło się to zaledwie kilka razy i nie było to bardzo kłopotliwe.

W końcu ruszyliśmy dalej. Dalej jechało się ciężko i postanowiliśmy poratować się czekoladą, w nadziei że ona da nam siłę do dalszej walki. Zatrzymaliśmy się w jakiejś małej mieścinie, kupiliśmy trochę słodyczy w małym sklepiku. Żeby je skonsumować, rozsiedliśmy się na skraju niewielkiego skweru przed jakąś szkołą. Po kilku chwilach z budynku szkoły wyszła jakaś kobieta i kieruje się w naszą stronę. Już byliśmy przygotowani na to, że będziemy się musieli szybko ewakuować, ale nie, kobieta nie miała wobec nas żadnych złych zamiarów, a kilka gruszek które trzymała w dłoniach, sugerowały wręcz coś zupełnie innego. Zagadała nas po rumuńsku, a kiedy tylko rozłożyliśmy w zakłopotaniu ręce, zaczęła się nas wypytywać po rosyjsku (!) skąd jesteśmy. Musieliśmy wyglądać strasznie – dwóch osmolonych przez spaliny chłopców siedzi na kamieniu i je czekoladkę ciężko przy tym wzdychając ;-) Gdy dowiedziała się, że jesteśmy z Polski, kazała nam brać rowery i iść za nią. No to poszliśmy. Byliśmy przekonany, że chce nam dać więcej gruszek, ale myliliśmy się. Zaprowadziła nas do jakiejś stołówki, usadziła przy stołach i rychło przed nami zaczęło się piętrzyć jedzenie – pierwsze danie, drugie danie, jeden deser, drugi deser :) Nie byliśmy szczególnie głodni po całkiem niedawnym obiedzie, ale poprzednie wyprawy nauczyły mnie, że jak jest okazja, to się je ile wlezie, na zapas ;) Tak więc wstrząsnęliśmy wszystko, do ostatniej okruszynki, choć pod koniec już nam uszami wyłaziło. A jedzenie było pyszne, bez dwóch zdań. Jedyne czego żałowaliśmy bardzo to to, że nie mogliśmy sobie porozmawiać z naszą miłą gospodynią i dziękować musieliśmy językiem migowym. Przy okazji próbowała nam zaimponować swą znajomością Polski i zaczęła coś opowiadać o „prezydencie Gdańska” – dopiero po kilku chwilkach zrozumieliśmy, że chodzi jej o Lecha Wałęsę! Odsapnęliśmy troszkę po posiłku, pochwaliliśmy się mapą naszej wyprawy, zrobiliśmy pamiątkową fotkę i trzeba było ruszać dalej. Na pożegnanie dostaliśmy jeszcze całą reklamówkę gruszek. Tego typu zdarzenia są jednymi z najcenniejszych chwil jakie można przeżyć na wyprawach, pozwalają znowu uwierzyć w to, że są na świecie dobrzy, bezinteresowni ludzie.

Pod wieczór pogoda się popsuła i nawet padał trochę deszcz, ale całe szczęście niewiele.

Nocleg wypadł nam na skraju jakiejś wioski, koło wartkiego (choć płytkiego) górskiego strumyka, płynącego doliną otoczoną pięknymi górami przypominającymi trochę nasze Bieszczady. Nastrój psuły trochę znaczne ilości śmieci (najprawdopodobniej pozostawione przez niedawną powódź), ale i tak miejsce było bardzo sympatyczne.

13 sierpnia, sobota. Dzień 10.

Na tej wyprawie mieliśmy jakieś wyjątkowe szczęście do krów – kolejny poranek znowu przywitaliśmy w ich towarzystwie. Tym razem nie popasały sobie obok nas, a jedynie przeszły do dalej położonego pastwiska. Zarówno one, jak i prowadzący je pasterz, nie były nami zbytnio zainteresowane.

Wykorzystaliśmy fakt, że biwakujemy w pobliżu rzeczki i zrobiliśmy gruntowne pranie. Błogosławiłem fakt, że jadę w sandałach – mogłem bez problemów wejść w nich do wody (i tak za chwilę wyschną) nie kalecząc sobie stóp o ostre kamienie leżące na dnie. Wojtek nie miał tego szczęścia i musiał kombinować z brzegu. Po upraniu ubrań sami też skorzystaliśmy z wody co by się odświeżyć co nieco. . Lekkie słoneczko pomogło w suszeniu, a ubranka rozwiesiliśmy sobie na sakwach. Powiewając slipkami ruszyliśmy…

W końcu udało nam się wyruszyć. Wiedzieliśmy, iż będzie pierwszy dzień zmagań w górach  Zaraz na dzień dobry czekał nas spory podjazd wijący się serpentynami po zboczach wzgórz. Nie było jeszcze upału, byliśmy wypoczęci i w dobrych nastrojach, także była to wręcz przyjemność. A na dodatek na koniec czekał nas jeszcze bonus w postaci bardzo szybkiego zjazdu. I bardzo widowiskowego – widoki były po prostu przepiękne. Prędkości dochodziły do 60 km/h i gdyby nie fakt, iż kręta droga i dziurawa można by było wyciągnąć o wiele, wiele więcej.

A wkrótce później stały się jeszcze piękniejsze – dojechaliśmy do jeziora Bicaz. Jezioro mimo że sztuczne, zaporowe, było przeurocze. Wiło się ono na przestrzeni dobrych 30 km w dolinie otoczonej sporymi pagórkami. Pagórkami, po których niestety musieliśmy jechać, bo tak prowadziła droga. Owszem, widoki były niesamowite, ale pokonywanie niekończącego się ciągu podjazdów, na dodatek w skwarze lejącym się z nieba, było dosyć męczące.

Mimo to duch bojowy nie słabł. Zwłaszcza w Wojtku, który w pewnym momencie zaczął gonić jakąś ciężarówkę i za punkt honoru postawił sobie wyprzedzenie jej. Na pace ciężarówki jechało kilka osób i gorąco go dopingowało. W końcu mu się udało i na jednym z bardziej stromych odcinków zjazdu, wyprzedził pojazd. Ja postanowiłem nie być gorszy i ruszyłem za nim. Jakoś się udało, choć moje najcięższe przełożenie (42x11) wystarczyło ledwo, ledwo. Co prawda kilka minut później, gdy zjazd zamienił się w kolejny podjazd, ta sama ciężarówka znowu nas wyprzedziła, ale to już się nie liczy ;) Później Wojtek stwierdził, iż jazda z prędkością przekraczającą 50 kmh/ w odległości kilku metrów od KAMAZa była głupia i nie poleca tego (drogie dzieci, nie róbcie tego w domu ;) ).

W końcu udało nam się pokonać drogę wzdłuż jeziora, obejrzeliśmy sobie imponującą tamę na jego końcu (było tam bardzo dużo turystów jak na rumuńskie warunki) i ruszyliśmy (chwilowo płaską drogą) w kierunku miasta Bicaz. W mieście tym wypadła nam przerwa obiadowa. Rozsiedliśmy się na ławeczce na małym placu pomiędzy niskimi blokami mieszkaniowymi. Nieliczni mieszkańcy nie wykazywali nami szczególnego zainteresowania. Nieopodal przepływa rzeka która wpadała do tego urokliwego jeziora. Gdy zobaczyłem jakim ona jest syfiastym ściekiem, to zacząłem się cieszyć, że droga nie biegła bezpośrednio przy jeziorze, a w pewnej od niego odległości...

Ruszyliśmy dalej w kierunku Georgheni. Był już wczesny wieczór, gdy dotarliśmy do słynnego wąwozu Bicaz, jednej z głównych atrakcji turystycznych Rumunii, uważanego przez niektórych za najgłębszy wąwóz w Europie. Podobno są miejsca, gdzie wysokość ścian sięga 800 metrów.

Ponieważ było już późno, zastanawialiśmy się chwilę czy wjeżdżać w ten wąwóz, ale postanowiliśmy zaryzykować. Szczerze mówiąc, to nie mieliśmy zbytniego wyboru, bo przed wąwozem nie było żadnego ciekawego miejsca do noclegu, a cofać się nie mieliśmy zamiaru. A więc ruszyliśmy. Wąwóz robi wrażenie: półmrok, wilgotno, momentami bardzo wąsko i pionowe skały strzelające prosto w niebo. I podjazd. Stromy podjazd. Piął się serpentynami co rusz zakręcającymi o 180 stopni. Zwłaszcza te zakręty były bardzo strome – Wojtek, dysponując najlżejszym przełożeniem 28x28 musiał pokonywać je na stojące, ja, dysponując 22x28 jakoś dawałem radę. Zaczynało się już powoli ściemniać, a końca podjazdu nie było widać. Kilka razy coś do nas krzyczano z samochodów, chyba odradzano dalszą jazdę. Niestety, łatwiej powiedzieć, niż zrobić – miejsca na nocleg nie było absolutnie żadnego, bo obok drogi albo była pionowa skała, albo bardzo strome zbocze.

W końcu jednak szczęście się do nas uśmiechnęło. Za kolejnym zakrętem naszym oczom ukazała się mała polanka. Co prawda początkowo nie wyglądała ona zachęcająco, bo zabudowana była domkami letniskowymi, ale Wojtek odkrył, że zaraz za nimi była sporo, pusta łąka. Łąka była ogrodzona, na jej końcu stał jakiś stary dom. Poszliśmy poszukać gospodarza, żeby spytać się o pozwolenie rozbicia na jego terenie, ale nie znaleźliśmy nikogo – budynek był zamknięty na głucho. Rozbiliśmy się mimo to, ale tuż przy ogrodzeniu i zadbaliśmy (jak zwykle zresztą), o wzorowy porządek wokół siebie. Gdy w końcu mogłem się położyć w namiocie, było już ciemno.

Co jest godne odnotowania, to fakt, iż rumuńscy turyści chętnie podróżują po własnym kraju, robiąc pikniki dosłownie obok drogi (czasem także nocując w ten sposób w namiotach) słuchając przy tym głośno muzyki. W większości przypadków nie jeżdżą samochodami nowymi zachodnimi, a starymi Daciami. Wolą wydać na turystykę pieniądze niż na samochód? I słusznie, popieramy :)

14 sierpnia, niedziela. Dzień 11.

Rano zebraliśmy się dosyć szybko, bo lepiej nie kusić losu (ale ze śniadania nie rezygnowaliśmy) i ruszyliśmy w dalszą drogą. Na dzień dobry mieliśmy dalszy ciąg morderczego podjazdu z poprzedniego wieczora. Jechało się jednak nieźle i te 13 km pod górę nie dały mi się specjalnie we znaki. Na przełęczy krótki postój w towarzystwie rozbrykanych szalikowców jakiejś lokalnej drużyny, a później szaleńczy, ośmio kilometrowy zjazd w kierunku Georgheni. Było szybko, radośnie i... niebezpiecznie. Wojtek mało co się  nie władował w stadko owiec, ja cudem uniknąłem czołówki z rozpędzoną terenówką, dla której serpentyny po zalesionym wzgórzu (a więc bardzo mała widoczność do przodu) nie przeszkadzały w wyprzedzaniu na trzeciego... Ale jakoś cało dojechaliśmy na dół i mimo wszystko – fajnie było :)

W Georgheni zatrzymaliśmy się na zakupy, głównie słodycze, jak zwykle. Nie wspominałem jeszcze o tym, ale Rumunia jest drogim krajem, większość produktów jest tam droższa niż w Polsce... Różnicę widać zwłaszcza na towarach eksportowanych z Polski (jest ich całkiem sporo).

Ruszyliśmy dalej, prosto na południe, w kierunku Braszowa. Zaliczyliśmy tylko jeszcze jedną niewielką przełęcz (niewielki był podjazd, bo zjazd całkiem, całkiem) i znaleźliśmy się w rozległej dolinie, którą mieliśmy podążać przez najbliższe 150 km. Było płasko, ale mimo to nie jechaliśmy szybko, bo hamował nas upierdliwy wiatr wiejący prosto w twarz. Droga nie była jakaś nadzwyczajnie ciekawa. Co prawda widoki na odległe o kilka kilometry góry były nienajgorsze, ale daleko im było do tego, co mieliśmy okazję podziwiać poprzedniego dnia.
No i płasko... może i lżej, ale niewątpliwie też i nudniej...

Tego dnia znowu padało. Całe szczęście akurat i tak mieliśmy zamiar zatrzymać się na przerwę obiadową, więc czasu nie straciliśmy. Schowaliśmy się pod niewielkim zadaszeniem koło stojącego przy drodze bloku, mieliśmy do swojej dyspozycji ławkę, więc warunki wręcz komfortowe. Zanim uporaliśmy się z nieśmiertelnym spaghetti i odspaneliśmy co nieco po tej jakże wyczerpującej czynności, deszcz gdzieś sobie poszedł. Nie tęskniliśmy za nim, zwłaszcza że zabrał z sobą swego kumpla, wiatr ;)

Po przerwie jechało nam się bardzo dobrze i szybko, praktycznie nie schodziliśmy poniżej 28 km/h, i tak jakoś dopedałowaliśmy do wieczoru.

Nocleg wypadł nam bardzo blisko drogi, w niewielkim zagłębieniu terenu, które trochę nas chroniło przed ewentualnymi ciekawskimi. Było tam też niestety dosyć wilgotno i latały chmury komarów, ale off dał im radę :)

<Tryb kółko wzajemnej adoracji = on>
Wojtek do Kuby – mój mistrzu! Nie wierzyłem twym słowom, które powiadały o skuteczności offa! Błądziłem!
Kuba do Wojtka – nie ma sprawy, mój uczniu ;)
<Tryb kółko wzajemnej adoracji = off>

15 sierpnia, poniedziałek. Dzień 12.

Od rana jechało mi się bardzo dobrze i lekko, za to Wojtkowi zupełnie na odwrót – narzekał na brak sił i musieliśmy zwolnić szybkość jazdy. Całe szczęście do południa się rozruszał i mogliśmy przyśpieszyć do naszego normalnego tempa. Ogólnie rzecz biorąc Wojtek to typowy „slow starter”. Rano jedzie mu się ciężko i dopiero po godzinie jazdy nabiera sił i tempo wtedy wzrasta zdecydowanie. A w godzinach popołudniowych mógłby jechać i jechać.

Mając na liczniku 50 km, zjechaliśmy na główną drogę, prowadzącą prosto do niedalekiego już Braszowa. Jechało się tą drogą wyjątkowo kiepsko: była poprowadzono prosto jak po linijce, zero żadnych zakrętów, otoczenie było wyjątkowo nieciekawe, bo monotonne pola, a więc jechało się po prostu nudno. Natężenie ruchu było bardzo duże, jechaliśmy w sznurze samochód, a na dokładkę tego wszystkiego, nawierzchnia nie była asfaltowa, tylko betonowa i co chwila podskakiwaliśmy na łączeniach płyt. Nawierzchnia taka może i jest trwała i o wiele tańsza niż asfalt wraz z podkładem, ale nawet samochodem nie jeździ się po niej komfortowo, nie wspominając o rowerze.

Najgorsze było jednak przed nami. Już w samym Braszowie trafiliśmy na bardzo paskudny objazd – musieliśmy tłuc się wyjątkowo dziurawym asfaltem, czasami wręcz gruntówką i to wszystko w niekończącym się sznurze samochodów wlokącym się kilka kilometrów na godzinę. Ruch co chwila zupełnie się korkował, a droga była tak wąska, że nie zawsze była możliwość wyprzedzenia stojących pojazdów. W końcu jakoś udało nam się wjechać do centrum miasta, ale ta przeprawa kosztowała nas sporo sił i nerwów i ze słynnego Braszowa, uznawanego przez wielu za jedno z najpiękniejszych miast środkowoeuropejskich, zapamiętaliśmy głównie ten nieszczęsny objazd.

Przez miasto przejechaliśmy, nie zatrzymując się nigdzie, można powiedzieć, że zwiedziliśmy je z siodełek rowerów. Wbrew swojej opinii nie zrobiło na nas specjalnego wrażenia, choć zdaję sobie sprawę, że za krótko tam byliśmy i za mało widzieliśmy, żeby wydać jakąś opinię.

Już wyjeżdżając z miasta wstąpiliśmy do supermarketu. Nie mogliśmy przegapić takiej okazji, bo w Rumunii nie tylko supermarkety, ale w ogóle sklepy samoobsługowe są rzadkością. Market mnie trochę rozczarował, bo mimo sporej powierzchni wybór towarów był tam skromny, ale kupiłem sobie na obiad duży półlitrowy jogurt, który później zjadłem z musli, które wiozłem z sobą jeszcze z Polski. Jakimś dziwnym sposobem przez te 12 dni do musli dostało się mydło (miałem w płynie) i smakowało co nieco dziwnie, ale i tak je zjadłem – dolegliwości żołądkowych ani puszczania baniek mydlanych nosem nie stwierdzono ;)
Tak swoją drogą, to po przeprawie przez miasto byliśmy tak zmęczeni, że nie chciało nam się szukać żadnego fajnego miejsca i przerwę obiadową urządziliśmy sobie przed wejściem do marketu. Lokalizacja była o tyle szczęśliwa, że mogliśmy delektować się, oprócz jogurtu z musli i mydłem, widokiem licznie tamtędy paradujących miejscowych dziewcząt ;)

Dalsza droga wypadała nam tą samą główną drogą którą dojechaliśmy do Braszowa, ale ruch samochodowy był już niewielki, sama droga urozmaicona, więc jechało się bez porównania lepiej. Zaliczyliśmy nawet krótki zjazd z kilkoma serpentynami, na którym Wojtkowi znowu włączył się tryb sportowej rywalizacji i postanowił koniecznie wyprzedzić jadącą przed nami Dacię. Udało mu się, ale na krótko: kierowca samochodu chyba poczuł się dotknięty faktem, że jakiś rowerzysta go wyprzedza i nie bacząc na podwójną ciągłą i zakręt o 180 stopni, dał po gazie i tyle go było widać...

Nocleg wypadł nam na łące niedaleko drogi.

16 sierpnia, wtorek. Dzień 13.

Bliska obecność drogi powodowała, że w nocy było wyjątkowo głośno z powodu ruchu samochodowego i niezbyt dobrze się wyspałem, zwłaszcza że doszedł do tego wyjątkowo silny wiatr który nieźle miotał namiotem. Mimo to jakoś udało się noc przetrwać i rano znowu znaleźliśmy się na szlaku. Wiatr wiał bardzo silnie, ale na całe szczęście dla nas w plecy, więc tylko nam pomagał i jechało się bardzo szybko.

Nie ujechaliśmy daleko, kiedy Wojtka zaatakowało stado wielkich, strasznych bestii. No, może nie takich wielkich, bo miały z centymetr długości, ale straszne były bardzo i budziły wielką grozę swym złowieszczym bzykaniem. Tak, tak – pszczoły :) W Rumunii ule są mobilne – na poboczach dróg bardzo często widzi się zaparkowane ciężarówki mające na przyczepie zamocowane piętrowo kilkanaście takich pszczelich domów. Do tej pory nie mieliśmy z nimi żadnych przygód, teraz jednak było inaczej – jadąc drogą wpadliśmy w niewielkie, liczące kilkanaście sztuk stadko owadów. Traf chciał, że w tym momencie akurat Wojtek znajdował się na czele i cały impet pszczelego ataku przyjął na siebie. Przyznaję, ze wstydem wielkim, że widok mojego kolegi wymachującego panicznie rękoma i krzyczącego wniebogłosy był nader komiczny ;) Tak, doskonale wiem, że gdybym to ja był wtedy na przedzie zachowywałbym się zapewne identycznie :) Żeby uciec od skrzydlatych potworów, depneliśmy na pedały ile sił w nogach i kilka chwil później opuściliśmy strefę zagrożenia. Bilans bitwy: Wojtek jedno użądlenie, ja wymigałem się niczym. Straty po stronie pszczół: nieznane, ale mam nadzieję, że choć jedna oberwała ;)

Dojechaliśmy do Fagaras, gdzie zatrzymaliśmy się na zakupy. Niezbyt nam się ten postój udał: najpierw musieliśmy się odganiać od stada młodocianych żebraków (sami byliśmy często brudni i śmierdzący, więc nie rozumiem dlaczego akurat do nas podchodzili po kasę?  ), później wyskoczył z pobliskiego sklepu jakiś facet i zaczął nas dosyć brutalnie przeganiać. O co mu chodziło, nie wiem, trochę na niego zdenerwowałem i przygadałem mu do słuchu, nie wydawał się jednak tym specjalnie przejmować – być może wynikało to z nieznajomości przez niego języka polskiego ;)
Szybko załatwiliśmy sprawunki w tym niezbyt gościnnym mieście i ruszyliśmy dalej.

Na niebie istna walka sił mroku i jasności – znaczy się, front atmosferyczny przechodzi. Patrzyliśmy w niebo z niepokojem, pewni że prędzej czy później zacznie padać. W każdej mijanej wiosce mieliśmy dylemat – zostawać gdzieś pod dachem i czekać na wyklarowanie się pogody, czy jechać do następnej miejscowości i ryzykować złapanie deszczu na jakimś pustkowiu. W końcu zaczęło padać, ale całe szczęście mieliśmy się gdzie schować, akurat był czas na przerwę obiadową, więc źle nie było. Miejsce mieliśmy ciekawe: jakiś stary, zrujnowany blok mieszkalny, leżący obok jakiegoś dużego gospodarstwa rolnego (?) przedstawiającego stan wcale nie lepszy. Całe szczęście drzwi nie było, także nie było problemu z dostaniem się do środka. Szybko przekonaliśmy się, że miejsce to wcale nie jest tak do końca opuszczone, jak nam się na początku wydawało. Ledwo rozsiedliśmy się wygodnie i zaczęliśmy przygotowania do obiadu, a zaczęła jak spod ziemi pojawiać się coraz liczniejsza dzieciarnia. Byliśmy przygotowani na odparcie ewentualnego ataku w postaci zabrania nam makaronu z misek – uzbrojeni w noże myśliwskie oraz gaz robiliśmy odstraszające miny ;) Niepotrzebnie, bo dzieciarnia, choć była strasznie brudna i ubrana w jakieś szmaty, zachowywała się jednak bardzo kulturalnie – stała na progu i obserwowała nas w milczeniu, nie odzywając się nawet do siebie. Nie przeszkadzało nam to za bardzo, ale trochę byliśmy skrępowani i, przyznaję się, mieliśmy obawy co się stanie, jak przyjdzie jakiś dorosły. Obawy okazały się bezpodstawne, bo gdy w końcu jakiś pełnoletni się pojawił, to nie tylko nie robił nam żadnych problemów, ale nawet przegonił dzieciarnię.

Przestało padać o 17. Niebo było co prawda dalej bardzo niepewne, zasnute po horyzont stalowymi chmurami, ale postanowiliśmy zaryzykować i jechać dalej. Nie ujechaliśmy daleko, bo zaledwie po 15 km znowu zaczęło padać. I tym razem szczęśliwie mieliśmy się gdzie schować, choć miejsce było jeszcze bardziej nietypowe niż poprzednio – pod filarami małego wiejskiego kościółka. I tutaj rychło doczekaliśmy się towarzystwa. Na początku dzieci (jakby inaczej), ale szybko dołączyli do nich i dorośli. Nie zrażając się barierą językową, rozpoczęli z nami rozmowę, która sprowadzała się do dwóch odwiecznych pytań: skąd i dokąd ;) Bardzo żywo komentowali między sobą nasze rowery i wyposażenie – w sumie nic dziwnego, raczej nie często widzą turystów rowerowych i stawiam dolary przeciw orzechom (i to pustym), że w ich wiosce raczej nikt w ten sposób nie spędza wolnego czasu.

Kiedy tylko przestało padać, znowu ruszyliśmy dalej. Tym razem ujechaliśmy jeszcze mniej niż poprzednio, bo zaledwie 5 km. Deszcz złapał nas w środku jakiegoś pustkowia, ale po przejechaniu kilkuset metrów zobaczyliśmy jakieś zabudowania gospodarcze, wyraźnie używane i stojący ze sto metrów od nich piętrowy dom, wyraźnie opuszczony. Oczywiście zaraz tam się wpakowaliśmy. Na głowy nam nie padało, ale sytuacja wyglądała kiepsko – było coraz później, zaczynało się już powoli ściemniać, a nic nie zapowiadało żeby miało przestać padać. Czekaliśmy prawie godzinę z nadzieją, iż przestanie padać i da się jeszcze zrobić parę km do najbliższej polanki. Niestety…

Wojtek, zachęcony najwidoczniej pozytywnymi doświadczeniami z Ukrainy, optował za tym, żeby pójść do pobliskich zabudowań gospodarczych i tam prosić o jakiś nocleg. Ja może nie byłem nastawiony bardzo entuzjastycznie do tej koncepcji, ale perspektywa rozstawiania namiotu w deszczu mnie nie zachwycała, więc się zgodziłem. Jeszcze nie doszliśmy do bramy otaczającej teren gospodarstwa, gdy napatoczył się kilkunastoletni chłopak na rowerze. Wytłumaczyliśmy mu na migi o co nam chodzi, załapał w mig i kazał iść z sobą. Wbiegł do pierwszego budynku z brzegu, ewidentnie pełniącego role mieszkalną. Wyszedł z niego po chwili w towarzystwie jakiegoś mężczyzny, dając nam znać, że wszystko załatwione. Weszliśmy do środka. Mieszkanie, jeżeli można je tak nazwać, składało się z trzech izb. Jedna z nich to mała wąska komórka, mieszcząca jednoosobowe łóżko i właśnie tam polecono jakoś nam wcisnąć swoje rowery. Druga izba to była sypialnia: trzy łóżka, jakieś szafki, dywan na podłodze – ogólnie wyglądała całkiem nieźle. Najciekawsze było trzecie pomieszczenie – kuchnia i salon w jednym. Na podłodze nie było nic, tylko betonowe klepisko. W jednym rogu stała stara, zdezelowana kuchnia na drewno, w drugim jakiś stół. I to w gruncie rzeczy wszystko. Jeśli nie liczyć much. A much było setki. Większość z nich zalegała za suficie, ale i w powietrzu krążyły ich całe tabuny. Dodajmy do tego wszechobecny brud i obraz będzie pełny. Nasi gospodarze pasowali do tego obrazu: czterech mężczyzn i dwójka chłopców nie przedstawiali sobą zbyt eleganckiego i świeżego obrazu.

Opisuję to wszystko dla oddania ogólnego klimatu, ale tak naprawdę ten brud i ubóstwo nie miało żadnego znaczenia. Znaczenie miało to, że ci obcy nam zupełnie ludzie, bez najmniejszego wahania przyjęli nas pod swój dach, udzielili gościny i schronienia. To jest ważne – reszta to tylko szczegół, choć, trzeba przyznać, dosyć malowniczy. Dano nam po krześle, posadzono pod ścianą. Dostaliśmy po kubku herbaty miętowej (z prawdziwej mięty, nie torebek) i kolację. Przyrządzanie kolacji wyglądało tak: najpierw kroiło się na pajdy wielki bochenek chleba, później rzucało je na kuchnię i trzymało tak długo, aż się ładnie przyrumieniły. Później taki gorący chleb smarowano smalcem, posypywało jakąś tajemniczą przyprawą i już, można jeść. Było to naprawdę dobre (Wojtek był wręcz zachwycony) i w ilościach nielimitowanych.

Po posiłku przyszedł czas na rozmowę. Tutaj niestety było gorzej. Jedynym językiem obcym jaki znali nasi gospodarze był niemiecki, kompletnie nam nie znany, musieliśmy więc radzić sobie jakoś na migi. Kiepsko dosyć nam to szło i szybko wyczerpaliśmy możliwe w ten sposób do omówienia tematy. Gdzieś po godzinie postanowiliśmy iść spać. Już wcześniej przygotowano nam miejsce do spania w postaci dużego, dwuosobowego materac łóżkowego, który położono na podłodze sypialni. Wskoczyliśmy w śpiwory, na materac i śpimy. A raczej próbujemy, co łatwe nie było. Reszta towarzystwa jeszcze długo siedziała w kuchni i rozmawiała z sobą, popijając wódkę (całe szczęście nas nie próbowali częstować). Kiedy w końcu położyli się spać, wiele lepiej nie było – jeden chrapał, drugi kaszlał, a jak wszyscy (chwilowo) się uciszyli, to było słychać harcowanie myszy w kuchni. W końcu jakoś udało mi się usnąć, ale nie było to raczej zbyt spokojny sen.

17 sierpnia, środa. Dzień 14.

Większość towarzystwa zerwała się z łóżek już o 5 rano i poszło do pracy, został tylko najstarszy z nich i jeden z chłopaków. Na śniadanie zaoferowano nam to samo co i na kolację, czyli chleb ze smalcem i herbatę miętową. Ciekawi mnie, czy oni cały czas jedli tylko to? Wcale bym się nie zdziwił, w każdym razie na pewno nic innego w swym lokalu nie mieli.

Już wybieraliśmy się w drogę, kiedy przyjechał szef tego całego interesu, gruby, śniady Rumun. Nie tylko nie robił żadnych problemów z powodu naszego noclegu, ale zaoferował nawet, że da nam mleko na drogę. Miły gest, ale podziękowaliśmy – nie za bardzo mielibyśmy co zrobić z tym płynem, pewnie szybko by skisło i trzeba by wylewać.

O godzinie 6 byliśmy już w drodze. Było zimno, wilgotno a my niezbyt wypoczęci po kiepskiej nocy, więc jechało się dosyć ciężko. W pierwszej większej miejscowości, Medias, ratowaliśmy się kupując czekoladę, ale wiele to nam nie dało, zwłaszcza że zaraz zaczęły się męczące podjazdy.

Ogólnie dzień był dosyć nudny, nie działo się nic ciekawego, po prostu jechaliśmy przed siebie. Większość dnia było pochmurno, całe szczęście nie padało. Dopiero pod sam wieczór, gdy zbliżaliśmy się już do Cluj Napocy dopadła nas burza. Wyglądało to dosyć widowiskowo, bo jechaliśmy doliną, a nad wzgórzami z obu stron wisiały czarne chmury i z których co raz biły pioruny. Nie było się nad czym zastanawiać, tylko szybko zjechaliśmy w jakąś boczną dróżkę i szybko rozbiliśmy się na niewielkiej łące, zasłonięcie od drogi garbem wzgórza. Gdy się rozbijaliśmy już padało, ale całe szczęście jeszcze niewiele, natomiast ledwo zapakowałem się do środka namiotu, lunęło. Początkowo byłem bardzo zadowolony, że udało mi się uniknąć poważniejszego zmoknięcia, ale szybko zadowolenie mi przeszło. Wystarczyło zaledwie kilka minut bardzo intensywnego deszczu, a namiot zaczął mi przeciekać. I to szybko. Dopiero teraz zrozumiałem co się dzieje – otóż zaczęły puszczać podklejenia szwów i to przez te miejsca dostawała się woda. Sytuacja była nie do opanowania – mogłem co prawda całą noc walczyć i za pomocą ręcznika wybierać wodę, ale jakoś mi się to nie uśmiechało, wziąłem więc karimatę, śpiwór i przeniosłem się do namiotu Wojtka. Wszystkie bagaże zostawiłem w swoim namiocie – sakwy mam nieprzemakalne, więc nic im nie groziło.

18 sierpnia, czwartek. Dzień 15.

Padało całą noc bez przerwy, przestało dopiero o 10 rano. Obudziłem się wcześnie, Wojtek jeszcze spał, więc umilałem sobie czas czytając książkę, którą przezornie zabrałem z sobą poprzedniego wieczoru.

Gdy w końcu przestało padać, poszedłem zrobić porządek w namiocie. W środku było istne jezioro, którego głębokość sięgała miejscami 20 centymetrów. Sakwy, całe szczęście, zgodnie z obietnicami producenta, mimo że przez kilkanaście godzin taplały się w wodzie, nie przepuściły do środka ani kropelki :) Za pomocą ręcznika udało mi się wybrać wodę i doprowadzić namiot do względnej (bardzo względnej) suchości.

Ruszyliśmy około 11. Zaraz na początku zaliczyłem glebę. A było to tak: żeby dotrzeć do ulicy, musieliśmy sprowadzić rowery ze wzgórza za którym biwakowaliśmy. Wojtek szedł przodem prowadząc swój rower, ja kilkanaście metrów za nim powoli zjeżdżałem. W pewnym momencie Wojtek, nie widząc że jestem tuż za nim, zaszedł mi drogę. Gdy próbowałem go ominąć, rower pośliznął się na mokrej trawie i nawet nie zdążyłem się podeprzeć nogą, gdy już leżałem na ziemi. Jechałem powoli, więc zupełnie nic mi się nie stało, niestety ucierpiał trochę rower, a konkretnie mocowanie sakwy na kierownicę – mimo że zrobione z grubego, solidnego kawałka metalu, pękło sobie. Jakoś się pozbierałem i ruszyliśmy dalej. Niestety, daleko nie ujechaliśmy, bo po przejechaniu 700 metrów znowu zaczęło padać, początkowo skromnie, później rzęsiście. Szczęście w nieszczęściu, że mieliśmy się gdzie schować, bo na dużej, zadaszonej stacji benzynowej.

Źli byliśmy jak osy – drugi dzień deszczowej pogody przypominał nam początek naszej wycieczki, baliśmy się że znowu nas czeka wielogodzinne siedzenie i gapienie się w deszcz. Na dodatek ta nieszczęsna sakwa na kierownicę – jej uszkodzenie było o tyle istotne, że stanowiła ona podstawę pod mapnik. Żeby czymś się zająć, zacząłem kombinować, jak można przymocować sam mapnik do kierownicy, za pomocy kilku sznurków. W końcu się udało, nie wyglądało to może za ciekawie, ale było w miarę funkcjonalne.

Deszcz całe szczęście przestał padać stosunkowo szybko (jako ciekawostkę podam, że w czasie największego nasilenia deszczu, wręcz istnego oberwania chmury, przemknęło drogą dwóch rowerzystów – sakwiarzy) i mogliśmy ruszyć dalej, ale przez kilka następnych godzin musieliśmy bawić się z aurą w kotka i myszkę – poruszaliśmy się skokami po kilkanaście kilometrów, robiąc przymusowe przerwy na przeczekanie kolejnych fali deszczu. Miejsce jednej z takich przerw wypadło nam w jakimś barze, w którym trwały akurat przygotowania do wesela – zaproponowano nam wódkę na rozgrzewkę, ale podziękowaliśmy grzecznie ;)

Zabłądziliśmy. To była moja wina, przyznaję się, choć na swoje usprawiedliwienie mam to, że skręciłem w drogę boczną dlatego, że wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywało na to, że to właśnie ta odnoga jest drogą główną, w życiu bym nie pomyślał, że powinienem wybrać tą wąska wyboistą ścieżka biegnąca gdzieś w stronę lasu... Początkowo zupełnie nic nie wskazywało na pomyłkę. Jechaliśmy sobie wartko do przodu, pogoda w końcu się poprawiła, momentami nawet wychodziło słońce. Droga była malownicza, otaczały nas piękne góry, a i na samej drodze czekały na atrakcje w postaci rwących strumieni wody spływającej ze wzgórz i walących potokiem przez całą szerokość jezdni. W jeździe bardzo to nie przeszkadzało, za to jaka atrakcja ;)

Po kilkunastu kilometrach zacząłem się niepokoić, bo coś zaczęła mi się mapa nie zgadzać z otoczeniem, ale jeszcze nie byłem pewien błędu. Nabrałem pewności dopiero wtedy, gdy po pokonaniu długiego, morderczego podjazdu serpentynami, dojechaliśmy do jakiejś głównej drogi. Gdy zobaczyłem drogowskazy, już wiedziałem że coś jest nie tak. Okazało się, że oddaliliśmy się od wyznaczonej trasy na tyle, że przez dłuższą chwilę nawet nie mogłem zlokalizować gdzie jesteśmy. Gdy w końcu mi się to udało, to aż się załamałem, bo okazało się, że trzeba będzie z powodu tego błędu w sumie nadłożyć 25 km

Cóż było robić? Trzeba pedałować. Całe szczęście nie musieliśmy się wracać po śladach, bo to byłoby bardzo dołujące. Złość dodała nam skrzydeł i ruszyliśmy ostro z kopyta. Tempo mieliśmy zabójcze, bo nie schodziliśmy poniżej 30 km/h, częstokroć było to dużo więcej. Wojtek zapowiedział, że aby odrobić choć część strat nie będzie przerwy obiadowej, więc pędziliśmy przed siebie, robiąc tylko krótkie przerwy na rozprostowanie kości. Dobrze przynajmniej że już więcej tego dnia nie padało, bo taka przymusowa przerwa chyba by nas dobiła. Tempo podróży spadło do rozsądnej wartości dopiero wtedy, gdy z powrotem udało nam się wrócić na wyznaczoną pierwotnie trasę, od razu też poprawiły nam się humory.

Obóz rozbiliśmy niedaleko drogi na wzgórzu, na bardzo ładnej łące, niestety dosyć podmokłej.

19 sierpnia, piątek. Dzień 16.

Rano, zaraz po 4, rozpętała się burza. Mój dziurawy namiot oczywiście zaraz zaczął puszczać wodę i rychło miałem w środku kilka litrów wody. Całe szczęście rozbity byłem na pochyłości i cała woda spływała do niżej położonej części namiotu, a ja rozlokowałem się w części wyższej, suchej. Ponieważ o położeniu się i spaniu nie było mowy, przez dwie godziny siedziałem opatulony śpiworem i czytałem książkę. Czas mi zleciał szybko i nie narzekałem za bardzo na sytuację. Gdy dwie godziny później przestało padać, wybrałem wodę z namiotu ręcznikiem. Wyszło nawet wkrótce słońce, także całkiem ładnie wszystko mi podsuszyło.

Tego dnia znowu nic ciekawego się nie działo. Początkowo jechało mi się bardzo opornie, zapewne z powodu niewyspania, ale rychło się rozruszałem i było ok. Pogoda całe szczęście nie sprawiała już więcej psikusów, nie padało, słońce świeciło, ale nie było też upału, także warunki optymalne.

Jedno miłe wydarzenie: chciałem sobie kupić dwa pomidory na kolację, więc kiedy zobaczyłem przydrożnych handlarzy tymi warzywami, zatrzymałem się. Wybrałem sobie dwa pomidorki, daję je do warzenia, a tymczasem jeden z handlarz pyta się skąd jesteśmy. Nie zdążyłem nawet ust otworzyć, bo uprzedził mnie drugi z handlujących: „Polonia” rzucił. Skąd wiedział? Pewnie poznał po języku w jakim rozmawiałem z Wojtkiem. W każdym razie, gdy pierwszy z nich dowiedział się skąd jestem, nie chciał przyjąć zapłaty - „Suvenir” powiedział. Fakt, nie był to prezent dużej wartości, ale mimo wszystko, to było miłe :)

Obóz na noc rozbiliśmy 2 kilometry od ostatniego większego miasta rumuńskiego, Satu Mare. Na dobrą sprawę były to już przedmieścia tego miasta, ale całe szczęście nie mieliśmy większego problemu ze znalezieniem miejsca na nocleg – wystarczyło wjechać w jakąś boczną ścieżkę, aby po kilkuset metrach znaleźć się wśród pól i łąk. My rozbiliśmy się w małym (kilkanaście drzew) sadzie, otoczonym polami kukurydzy. Bonusem tego miejsca były przepyszne jabłka. Zaznaczę jednak, że jedliśmy tylko jabłka leżące na ziemi, z drzew nie zrywaliśmy, także szkód nie powodowaliśmy. Pewnym minusem za to było to, że w niedalekiej okolicy całą noc dudniła jakaś dyskoteka, ale dało się przeżyć.

20 sierpnia, sobota. Dzień 17.

Rano wjechaliśmy do centrum Satu Mare. Najpierw wizyta w kantorze gdzie wymieniliśmy leje na forinty, ostatnie w Rumunii zakupy aby pozbyć się pozostałych drobniaków i można się kierować w stronę granicy. Nie poszło nam to tak łatwo, bo najpierw pobłąkaliśmy sobie po fatalnie oznaczonym mieście, ale w końcu, po wzięciu na spytki kilku tubylców, udało nam się wyjechać na właściwą drogę. Po pokonaniu jeszcze 10 kilometrów dotarliśmy do przejścia granicznego. 5 minut później byliśmy już na Węgrzech – odprawa poszła szybko i sprawnie, nikt się nawet nie pofatygował aby wbić nam pieczątki do paszportów.

A więc już po Rumunii, skończył się główny etap naszej podróży. Co prawda przed nami jeszcze przejechanie Węgier, Słowacji i sporego kawałka po Polsce, ale to już był tylko powrót do domu. Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy – wyprawa powoli miała się ku końcowi...

Pierwsze wrażenia z jazdy po Węgrzech: płasko (zbyt płasko), bardzo dobrej jakości asfalt nawet na bocznych drogach, mały ruch (dużo mniejszy niż w Rumunii), nikt na nas nie trąbi (!!!), bardzo zadbane otoczenie drogi – żadnych śmieci, czysto, porządek, każdy domek tonie wręcz w zasadzonych wszędzie gdzie się da kwiatach. Ogólne wrażenie więc bardzo pozytywne.

Za to pewnym problemem było to, że wszystkie sklepy były pozamykane na głucho, nawet supermarkety. Nie chybi – muszą mieć Madziarzy jakieś święto narodowe (faktycznie, jak później sprawdziłem, 20 sierpnia wypada dzień świętego Stefana). Niestety, tylko z tego powodu mieliśmy duże problemy z obiadem, bo żadnych produktów z sobą nie mieliśmy, a kupić ich nie było gdzie. Doszliśmy do wniosku że w takim razie można by się posilić w jakimś lokalu, jednak gdy doszło co do czego, nie było już tak łatwo. Znalazłem jakąś pizzerię, ale Wojtek stwierdził że jest tam za drogo i jemu w gruncie rzeczy wystarczą wafelki kupione na stacji benzynowej (niestety, nic bardziej konkretnego tam nie było), na co z kolei ja nie chciałem przystać. W końcu postanowiliśmy jechać dalej i rozglądać się za jakimś lokalem, ale tańszym niż owa pizzeria. Ha, łatwiej powiedzieć niż zrobić. Przejechaliśmy 20 km zatrzymując się co kilka minut przy przydrożnych barach, ale wszystkie co do jednego oferowały tylko alkohol i słodycze, żaden nie miał w ofercie nawet głupiego hot-doga. Robiłem się coraz głodniejszy, a na domiar złego nie poruszaliśmy się zbyt szybko, bo Wojtek miał problemy z licznikiem i kilka razy zatrzymywał się aby spróbować coś z tym zrobić – niestety bez skutku. Sam licznik był ok., ale coś nie kontaktowało przy czujniku. Sprawa była o tyle istotna, że mój licznik zmarł śmiercią tragiczną już dobre kilka dni wcześniej. W końcu zrobiliśmy tak, że Wojtka licznik wylądował w mojej podstawce (całe szczęście tej samej firmy) i do końca wyprawy jechał sobie na mojej kierownicy.
Co do jedzenia, to w końcu udało nam się dojechać do jakieś większej miejscowości (Kisvarda) i tam już bez marudzenia skorzystaliśmy z usług budki z hot-dogami, gdzie skonsumowaliśmy po dwa takie wynalazki. Ceny tych specjałów nie były niskie, ale innego wyjścia nie mieliśmy.
Przy okazji skorzystaliśmy z uprzejmości obsługi i podładowaliśmy (pierwszy i ostatni raz na tej wycieczce) swoje telefony komórkowe.

Obóz rozbiliśmy tuż pod lasem. W ostatnio mijanej wiosce napełniliśmy słoneczny prysznic wodą z hydrantu (na Węgrzech nie ma studni jak w Rumunii, ale wszędzie są hydranty z ręczną pompką, więc z dostępem do wody nie ma problemu), więc mogliśmy się co nieco odświeżyć. Przy okazji doszedłem do wniosku, że golenie się po ciemku bez dostępu do lusterka to dosyć kiepski pomysł ;)

Gdy już zupełnie się ściemniło, niebo zaczęły rozświetlać fajerwerki. Popatrzeliśmy sobie chwilę i poszliśmy spać.

21 sierpnia, niedziela. Dzień 18.

Do granicy węgiersko – słowackiej mieliśmy tylko 40 km, więc już niecałe 2 godziny po wyruszeniu z miejsca biwaku znaleźliśmy się na granicy. Co prawda dojazd do przejścia był kiepsko oznaczony, ale jakoś trafiliśmy. To przejście udało nam się przejechać w rekordowym czasie, bo nie potrzebowaliśmy nawet minuty czasu aby znaleźć się po słowackiej stronie. Jeszcze tylko wymiana pieniędzy na korony (oczywiście niewielkich ilości, w końcu już następnego dnia mieliśmy być w Polsce) i można jechać na podbój Słowacji.

Jechaliśmy większość trasy po głównych drogach, bo nie za bardzo była możliwość inaczej, ale całe szczęście ruch był niewielki, a kierowcy kulturalni, także jechało się bardzo dobrze. Bardzo duży odsetek samochodów był na polskich tablicach, czuć było że do domu już blisko :) Przyzwyczailiśmy się już do płaskich Węgier,  a tu nagle znowu trzeba było zmagać się z podjazdami i przypomnieć sobie jak wrzuca się najmniejszą tarczę z przodu ;)

Po dojechaniu do Trebiszowa zatrzymaliśmy się na większe zakupy w supermarkecie. Zaszaleliśmy i kupiliśmy sobie dużego kurczaka z rożna, którego oszamaliśmy zaraz w pobliskim parku.

Mając 90 km na liczniku zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze. Zasadniczo na lody (notabene w Słowacji królują lody Koral, w tym przypadku inaczej nie było), ale nie mogłem sobie odmówić posmakowania słynnego słowackiego piwa. Wziąłem małe, bo nie chciałem niepokoić Wojtka, który i tak wyrażał się sceptycznie na temat mojej zdolności do dalszej jazdy po wypiciu tego trunku. Zimne piwko w upalny dzień to jest to :) Przez chwilę nawet rozważałem wzięcie drugiego, ale na wszelki wypadek wolałem nie przesadzać. Kiedy ruszyliśmy dalej, okazało się, że obawy Wojtka były zupełnie nieuzasadnione – jechało mi się nie gorzej, a nawet lepiej niż wcześniej :)

Pod wieczór trochę się pospierałem z Wojtkiem co do miejsca noclegu, ale obyło się bez rękoczynów ;) i w końcu się dogadaliśmy – rozbiliśmy obóz na łące na niewielkim wzgórzu górującym nad jakimś jeziorem.

22 sierpnia, poniedziałek. Dzień 19.


To już ostatni dzień mojej wspólnej wędrówki z Wojtkiem. Dzisiaj mieliśmy w planie dojechać już do Polski i tam się rozstać – ja miałem jechać dalej aż do Biłgoraja, a Wojtek pociągiem do Warszawy.

Rano okazało się, że całkiem niedaleko naszego obozowiska trwają jakieś prace polowe i jeżdżą dwa wielkie kombajny, ale nami nikt się nie interesował i bez zbędnego pośpiechu mogliśmy zjeść śniadanie i się spakować. Jakoś wypchnęliśmy rowery na ulicę (co nie było łatwe, pod górę i na przełaj przez ściernisko) i ruszyliśmy prosto na północ.

Od samego początku jechało mi się po prostu fatalnie – ciężko i topornie, za nic nie mogłem się rozkręcić. Jak na złość było tego dnia dużo podjazdów i strasznie się męczyłem. Za to dla odmiany Wojtkowi noga wyjątkowo podawała i nie było widać po nim żadnego zmęczenia.

Mniej więcej po godzinie zjechaliśmy z głównej drogi na boczną, aby zaoszczędzić sobie kilku kilometrów, ale dosyć szybko zaczęliśmy żałować, bo droga, choć bardzo ładna i malownicza wiła się bo bardzo pagórkowatym terenie i nasza średnia prędkość spadła jeszcze bardziej. Trochę kilometrów faktycznie zaoszczędziliśmy, ale czasowo byliśmy raczej w plecy. Dla mnie w sumie nie miało to tak dużego znaczenia, ale dla Wojtka tak – jeszcze tego dnia chciał znaleźć się w Warszawie i chyba prześladowała go wizja odjeżdżającego mu tuż sprzed nosa pociągu.

W końcu wróciliśmy na główną drogę, która miała tą wielką zaletę, że przynajmniej prowadził a po w miarę płaskim terenie. Oczywiście to „w miarę” to sprawa bardzo względna, ale na pewno jechało się lepiej niż tą boczną.

W przydrożnym barze ostatnia przerwa na wypsztykanie się z drobniaków i jedziemy ostatnie 12 km do granicy już bez zatrzymywania się. Niestety pod koniec znowu trzeba było wdrapywać się na przełęcz, ale jakoś to poszło. Ciekawe jest otoczenie ostatnich kilometrów przed przejściem – co chwila stoją sobie na postumentach różne śmiercionośne narzędzia z okresu II wojny światowej: samolot, czołg, jakieś działa. Mam nadzieję, że Słowakom nie chodzą jakieś głupie pomysły po głowie i nie jest to zakamuflowana koncentracja ich wojsk przy polskiej granicy ;)

Przejście graniczne znowu było szybkie, łatwe i przyjemne, i oto znowu znaleźliśmy się na polskiej ziemi, prawie po 3 tygodniach :)

Wojtek wymienił całą posiadaną przez siebie walutę na złotówki i zaczął kombinować, jakby tu się jak najszybciej dostać do domu. Jakoś żaden z jego bliskich nie chciał po niego przyjechać z Warszawy samochodem (hmm, ciekawe czemu? ;) ), więc próbował łapać stopa (jakieś busy, blaszaki, ze względu na rower i bagaż), ale ciężko mu to szło, więc w końcu postanowiliśmy po prostu jechać dalej. Wojtek próbował trzymać na cuglach swój nadmiar energii, jednakże nie zawsze mu to wychodziło. Widać było, iż zależy mu na byciu w Warszawie jeszcze tego samego dnia.

Dojechaliśmy do Dukli, a tam powiedziałem mu, żeby dalej jechał sam. Miał do Rzeszowa 75 km, a do odjazdu pociągu niecałe 5 godzin – przy jego dobrej formie jak najbardziej do zrobienia, niestety ze mną na karku i moim załamaniem formy nie było już takie oczywiste. Co prawda tak czy siak zrobilibyśmy z sobą jeszcze tylko 30 km, ale nie chciałem ryzykować, aby spóźnił się przeze mnie i czekał później na dworcu do rana :) Pożegnaliśmy się więc serdecznie, ruszył do przodu, a ja zostałem sam. Postanowiłem spędzić w Dukli co nieco czasu, aby podreperować co nieco siły. Najpierw w sklepie kupiłem sobie loda i zimny napój (gorąco było tego dnia), a później w jakimś barze na rynku pochłonąłem hamburgera i frytka. Jeszcze pół godziny relaksu nad książką (musiałem przecież ją dokończyć przed końcem wyprawy) i trzeba było jechać dalej.

Od Wojtka: W międzyczasie zmagałem się z czasem. Ustaliłem sobie średnią prędkość, dodałem rezerwę, wyliczyłem wymagane postoje i ich czas i jechałem. Byłem świadom, iż to ostatni dzień, więc mogę dać z siebie wszystko i jeszcze trochę. Wbrew temu co mówiła mapa, trasa nie była płaska. Parę podjazdów było naprawdę męczących, na dodatek te polskie drogi… Godzinę przed odjazdem pociągu znalazłem się w Rzeszowie. Miasto nawet ładne, i mogące się pochwalić przedmieściami i nawet nowymi drogami w budowie ;-) Wjechałem na dworzec w pełni uzyskanego triumfu, gdyż zrobione prawie 150 km w bardzo dobrym czasie (na dodatek przy stresie ;-), ale to chyba motywuje). Nogi chciały odpocząć, prócz tego cały śmierdziałem i nie wzbudzałem zaufania wśród podróżnych. Okazało się, iż wpierw muszę pojechać do Krakowa (czyli na zachód), przesiąść się do innego pociągu i stamtąd do Warszawy. Mogłem czekać na bezpośrednią ciuchcię, ale czasowo byłoby to niedogodne. Podróż do Krakowa minęła bardzo szybko, w Krakowie zjadłem sobie coś na gorąco, kupiłem gazetkę wyborczą – nie mogłem się ją nacieszyć :) tak mi brakowało polskiej prasy zagranicą. Podróż do Wawy minęła w spokoju, trochę przysypiałem, ale ciągle byłem czujny, gdyż jechałem sam! w całym wagonie. Zajechałem przed pierwszą w nocy. Zapaliłem oświetlenie i w drogę. Blisko do domu (ok. 3 km), więc szybko mogłem zjeść wymarzoną jajecznicę. Odetchnąłem z ulgą – nie ma to jak w domu. Choć już następnego dnia żałowałem, iż nasza wycieczka nie trwała dłużej. Dla mnie była ona najdłuższą wycieczką z dotychczasowych i zarazem najciekawszą. Dobrze dobrany kompan jest wielkim bogactwem.

Cóż, przerwa nie pomogła mi w jakiś widoczny sposób – jakoś jechałem, ale ani szybko, ani z przyjemnością. Na dodatek cały czas było górzyście, co raczej niespecjalnie mi pomagało. Po przejechaniu (a raczej przetoczeniu się) 30 km zjechałem z głównej drogi, wiodącej do Rzeszowa i wjechałem na drogę do Przemyśla. Już początek drogi był masakryczny, bo musiałem pokonać długi podjazd serpentynami (jedyną pociechą było dla mnie uznanie  wyrażane mi przez tubylców wędrujących poboczem), a później było jeszcze gorzej – krótki, za to stromy podjazd, później szybki zjazd, znowu podjazd, i tak w kółko.

Przyjście wieczora przyjąłem z prawdziwą ulgą – w końcu mogłem rozbić namiot, zjeść obfitą kolację i pójść spać. A Wojtek w tym czasie już jechał sobie w pociągu w kierunku Warszawy i upragnionej od kilku dni jajecznicy :)

23 sierpnia, wtorek. Dzień 20.

To już ostatni dzień wyprawy. Sen pomógł mi bardzo i od rana jechało mi się już bardzo dobrze, kryzys poprzedniego dnia odszedł w zapomnienie i ostatnie górki pokonywałem z pieśnią na  ustach. Ostatnie, bo teren stopniowo już się wypłaszczał, górki zostawiałem za plecami.

Dzień bez przygód – byłem tak blisko mety, że nie patrzyłem już na otoczenie, a tylko jechałem przed siebie. Choć nie, coś tam zobaczyłem – zamek w Sieniawie, ładny, choć oglądałem go tylko z daleka ;)

40 km od mety zrobiłem sobie postój pod mostem i zafundowałem kąpiel połączoną z praniem – nie chciałem przyjeżdżać brudny i śmierdzący :)

Do Biłgoraja, gdzie mieściła się meta tej podróży, dojechałem o 16.10. Na liczniku miałem 2068 km.

Do góry